Anna Iskierka

15 Styczeń 2014

Listopad 2009 roku – to właśnie wtedy podczas Dni Dawcy DKMS w Gdyni zarejestrowałam się jako potencjalny dawca. Dlaczego to zrobiłam? Do dziś nie wiem, dlaczego w środowe popołudnie po zajęciach na uczelni, po zobaczeniu w szybkiej kolejce miejskiej plakatu Dni Dawcy, zamiast wysiąść jak zwykle na stacji Sopot pojechałam dalej.

Kiedy oddałam próbkę krwi, pomimo znanych mi statystyk, byłam pewna, że kiedyś wiadomość o potrzebie uratowania komuś życia trafi właśnie do mnie i nie pomyliłam się.

Na informacje o tym, że jest ktoś, kto czeka na moje komórki krwiotwórcze czekałam dokładnie 1135 dni. Było to tuż po nowym roku, zatem mogę powiedzieć, że rok 2013 zaczął się dla mnie wyjątkowo pomyślnie. Gdy przeczytałam maila z prośbą o kontakt pomyślałam „No nareszcie, ile można czekać - do dzieła”. Zaraz następnego dnia z samego rana skontaktowałam się z Fundacją i umówiłam się na typizację potwierdzającą. Ze względu na stan zdrowia mojego pacjenta otrzymałam informację, że trzeba działać bardzo szybko i już po dwóch tygodniach byłam na badaniach kwalifikacyjnych w Dreźnie. Po kolejnych dwóch tygodniach, wróciłam tam ponownie już na pobranie.

Sam wyjazd zarówno na badanie, jak i na pobranie, zorganizowany był po prostu wzorowo z dbałością o najmniejszy szczegół. W czasie pierwszej wizyty, z uwagi na to, że wybrano metodę pobrania poprzez separację komórek z krwi obwodowej, otrzymałam pakiet zastrzyków z czynnikiem wzrostu, których zadaniem było zmobilizowanie moich komórek i pomoc w przedostaniu się ich do krwi. Zdecydowałam, że ze względu na wielość moich codziennych zajęć i brak czasu na bieganie do pielęgniarki sama będę robiła sobie zastrzyki. Okazało się to niesamowicie proste, bezbolesne, a chwilami nawet zabawne. W dniu pobrania stało się jasnym, że czynnik wzrostu zadziałał bez zarzutów i po niecałych 4 godzinach spędzonych na wygodnym fotelu we wspaniałym towarzystwie personelu medycznego, tłumacza oraz mojej siostry zakończyłam swoją misje. Separacja komórek macierzystych, nie licząc momentów wkłucia igieł, była dla mnie całkowicie bezbolesna, powiedziałabym nawet komfortowa.

Podczas całego pobrania towarzyszyła mi moja siostra bliźniaczka - Kasia, która z niedowierzaniem przyjęła informację, że mamy „jeszcze jedną siostrę bliźniaczkę” – tym razem genetyczną. Tak siostrę, ponieważ biorczynią okazała się 48 letnia kobieta z Ameryki. Życzę jej oczywiście szybkiego powrotu do zdrowia, mocno trzymam za nią kciuki i z niecierpliwością odliczam 100 dni od pobrania po upływie, których otrzymam informację na temat jej stanu zdrowia.

Na zakończenie chciałabym serdecznie podziękować za zaangażowanie i wielkie serce pracownikom Fundacji – w szczególności mojej wyjątkowo kompetentnej koordynatorce Zuzannie Jastrzębskiej, która jest po prostu właściwą osobą na właściwym miejscu, Maćkowi Luchowskiemu – który był nie tylko świetnym tłumaczem, ale również wspaniałym towarzyszem obu wypraw i prawdziwym Aniołem Stróżem, całemu personelowi kliniki w Dreźnie, mojemu pracodawcy, który z pełnym zrozumieniem i troską podszedł do kwestii obu wyjazdów oraz całej mojej rodzinie – a w szczególności mojej siostrze Kasi, za niesamowite wsparcie.

Jeden miesiąc, w którym zamknęła się cała moja niesamowita przygoda zapamiętam do końca życia. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest to najlepsza rzecz, jaką zrobiłam w życiu i jednocześnie mój największy sukces. Dzięki możliwości pomocy drugiemu człowiekowi zrozumiałam, że żaden zdany egzamin, żadne zarobione pieniądze, żadna kariera zawodowa nie da mi takiej satysfakcji, jaką czułam siedząc na fotelu podpięta do maszyny separującej komórki.

Po cichu liczę na to, że dla mnie ta historia jeszcze kiedyś się powtórzy i jeszcze raz dostąpię tego niesamowitego zaszczytu pomocy człowiekowi w potrzebie, wtedy - tak jak za pierwszym razem - nie zawaham się ani chwili.