Arkadiusz Dybiec

21 Lipiec 2015

2009 rok, gdzieś w Polsce, będąc na jakimś biegu, zarejestrowałem się bez wahania jako potencjalny dawca szpiku. Niedługo potem sam postanowiłem organizować wspólnie z DKMS Dni Dawcy Szpiku. Zorganizowałem już 4 takie wydarzenia, na których łącznie zarejestrowało się około 500 osób.

Prawdę mówiąc nie bardzo wierzyłem, że kiedyś dostąpię zaszczytu oddania cząstki siebie dla drugiej osoby mając świadomość, jak trudno znaleźć bliźniaka genetycznego. Jednak… początek 2015 roku, otwieram pocztę, czytam e-maila i nie do końca wierzę, że prawdopodobnie będę miał szansę pomóc w ratowaniu życia ludzkiego. Dzwonię pod podany numer telefonu i już wiem, że to fakt!

Nie do końca potrafię wyrazić, co wtedy poczułem, uderzenie gorąca, niedowierzanie, wzruszenie, radość. Mam wrażenie, że trafiając szóstkę w totolotka nie cieszyłbym się tak jak z tego, że być może komuś uratuję życie.

Dalsze procedury to badania krwi, określenie terminu pobrania materiału przeszczepowego i w końcu spotkanie we wrocławskiej klinice, szczegółowe badania, rozmowa z lekarzem, seria dokumentów i „prezent” w postaci zastrzyków z czynnikiem wzrostu. Po zastrzykach mogło być złe samopoczucie, zawroty głowy, bóle kości itd. Jednak pomyślałem sobie, nieraz po intensywnej imprezie człowiek czuje się gorzej, więc - no problem. Jak się okazało było ok, chociaż ostatnie 2 dni przed zabiegiem czułem się jak po wypiciu hektolitrów mocnej kawy.

Dzień pobrania, ostatnie szybkie badanie krwi i już tylko podniecenie. Podłączenie do maszyny i ruszamy. Przesympatyczna Pani pielęgniarka, pod której opieką nie można poczuć się źle. Każda kolejna minuta coraz większy spokój, rozluźnienie. Po około 5 godzinach rozłączamy instalację i czekamy na wynik. Okazuje się, że jest ok, więc kolejny dzień pobierania krwiotwórczych komórek macierzystych mam z głowy. Gratulacje od Pani doktor, odznaka, legitymacja dawcy i pożegnanie.

Wychodzę przed budynek, łapię głęboki oddech i pomimo zmęczenia czuję… no właśnie, czuję jakiś rodzaj uniesienia, czuję się wyjątkowo wiedząc, że udało mi się zrobić coś jedynego w swoim rodzaju. Kilka minut później telefon z DKMS i informacja, że mój szpik jest przeznaczony dla 11-letniego chłopca. Jestem 42-letnim facetem, a jednak łezka w oku się pojawiła.

Podsumowując, trochę poświęconego czasu, parę ukłuć, może troszkę stresu, a być może dzięki temu gdzieś tam młody chłopiec będzie miał szansę na wspaniałe i zdrowe dzieciństwo, będzie mógł bez obciążeń wejść w dorosłe życie.