Artem Rusin

17 Styczeń 2014

Czy warto pomóc w uratowaniu życia osobie, której nie znamy? Takie pytanie należy sobie zadać, zanim zgłosimy się do fundacji DKMS. Kolejnym pytaniem, które należy sobie zadać: jak dużo wysiłku mogę włożyć w ten proces?

Ja nie miałem potrzeby zadawania sobie tych pytań. Do rejestracji w bazie DKMS Polska namówiła mnie koleżanka Jola Plona. Napisała: “Dobra możliwość - uratować komuś życie”, to mi w zupełności wystarczyło.

Rejestracja przebiegła bardzo sprawnie. Wypełniłem formularz na stronie, zajęło mi to kilka minut. Kilkanaście dni później otrzymałem list z Fundacji DKMS Polska, w którym znajdował się zestaw do pobrania próbek.

Pobranie próbek odbyło się poprzez “pogmeranie” wacikiem w buzi i odłożeniu waciku z wymazem w specjalnie przygotowaną kopertę. Zakleiłem kopertę i wrzuciłem do skrzynki pocztowej, nie musiałem się martwić adresem lub kupieniem znaczków. Wszystko było już gotowe. Na wysłaniu listu, skończył się mój „wysiłek” związany z zapisywaniem się do bazy Dawców Komórek Macierzystych. Pozostało poczucie wykonanego obowiązku i oczekiwanie na ewentualne zgłoszenie.

Kilka miesięcy później zadzwonił telefon. Dzwonili z fundacji, by się upewnić, czy nadal chciałbym podzielić się swoimi komórkami z osobą potrzebującą. To wydarzenie poprawiło mi humor na resztę tygodnia. Czułem, że moje istnienie ma już konkretny cel, możliwe, że jeden z wielu, ale ten jeden już jest wyraźny i mi znany - pomoc w uratowaniu życia innej, nieznanej mi osobie.

Kilka następnych tygodni przeszły w euforycznej atmosferze oczekiwania. Zrobiono mi dodatkowe badania, by upewnić się, że stan mojego zdrowia pozwala na zabieg i mogę być dawcą dla danego, konkretnego pacjenta. Wszystko wskazywało na to, że jestem odpowiednią osobą! Badania i pobranie odbyło się w klinice w Dreźnie. Wszystkimi formalnościami: synchronizacja terminów, hotel, tłumacz, zajęła się fundacja. Ja miałem tylko stawić się w ustalonym miejscu, w ustalonym czasie. Dodatkowym moim “obowiązkiem” było zbieranie wszelkich rachunków, ponieważ fundacja zwracała wydatki związane z podróżą. W drodze do Drezna (miasto zaskoczyło mnie swoją urodą) poznałem kolejnego dobrego człowieka, był nim mój tłumacz - Maciek Luchowski.

Wyjazd okazał się bardzo przyjemnym przeżyciem: pokazano mi klinikę, w której odbędzie się pobranie oraz opisano krok po kroku cały proces. Wizyta ta rozwiała jedyny mój obaw, to, że znajdę się w smutnej atmosferze choroby i ludzi chorych na rak krwi. Tego nie było, wszystko odbywało się w życzliwej i można powiedzieć, słonecznej atmosferze. Zrobiono mi kilka dodatkowych badań, np. USG narządów wewnętrznych. Po badaniach - powrót do domu i pełne niecierpliwości oczekiwanie na dzień pobrania.

Na pobranie można zabrać ze sobą bliską osobę, która dotrzyma towarzystwa w podróży. Pobranie nie było niczym zaskakującym, wszystkie elementy procedury już były mi opisane kilkakrotnie. Przygotowano wygodny fotel oraz kilka filmów z polskimi napisami do wyboru. Oglądając film i od czasu do czasu ściskając piłeczkę lewą ręką, uczestniczyłem w procesie wyodrębnienia komórek macierzystych z mojej krwi. Cała procedura trwała niewiele ponad dwie godziny, a jedynym moim zmartwieniem był fakt, że mogę nie zdążyć obejrzeć filmu do końca.

Po zebraniu odpowiedniej ilości “surowca” udałem się na krótki odpoczynek - lekarz zalecił pospać ze 2 godziny po pobraniu. Sen, spacer po pięknym mieście i oczekiwanie na informację, czy następnego dnia trzeba będzie powtórzyć procedurę. Okazało się, że za pierwszym razem zebraliśmy odpowiednią ilość cząsteczek, jutrzejszy dzień będzie dniem powrotu do domu.

Teraz pozostało tylko odczekać 100 dni, by otrzymać informację, czy przeszczep się przyjął i pacjent wyszedł z koszmaru, który może trafić się każdemu z nas i zwie się białaczka.

Już wiem, wszystko w porządku, jeszcze jeden człowiek zwalczył raka krwi.

Państwo też możecie pomóc komuś zwalczyć chorobę - warto to zrobić.