Artur Gałązka

4 Grudzień 2014

Witam mam na imię Artur i mam 33 lata, mieszkam w Mysłowicach.

Moja historia nie zaczyna się dobrze. W 2011 r. dowiedziałem się od żony, że nasza sąsiadka zachorowała na białaczkę. Miałem świadomość co to za choroba i było mi przykro, że Ją to spotkało, nie znałem jej dobrze, praktycznie z nią nie rozmawiałem, tylko codzienne „dzień dobry”, ale wiedziałem, że ma dwójkę malutkich dzieci. Po jakimś czasie rodzina sąsiadki zorganizowała pobór krwi dla dawców szpiku kostnego w jednej z pobliskich szkół. Wtedy bez wahania razem z żoną poszliśmy się zarejestrować, trwało to zaledwie kilka minut, kropla krwi i po wszystkim. Myślałem sobie, że może akurat to My będziemy tymi „genetycznymi bliźniakami”, było inaczej, dawca się znalazł, ale było już za późno, choroba zwyciężyła.

Wtedy pomyślałem sobie, że jeżeli jest na świecie mój „genetyczny bliźniak”, to zrobię wszystko, żeby mu pomóc i tak mijał czas - rok, dwa, w między czasie zmieniłem pracę, poznałem nowych ludzi i zapomniałem, że jestem tam w jakiejś bazie. Aż nagle kolejny cios. Wrzesień 2013 r., kolega, z którym na co dzień pracowałem, zachorował! Nie mogłem tego pojąć jak nagle młody, wysportowany człowiek trenujący na co dzień piłkę nożną, sztuki walki, zachorował! I zaczął się wyścig z czasem w poszukiwaniu dawcy, organizowanie zbiórek krwi, nagłaśnianie całej sprawy i udało się - dawca się znalazł, kolega wraca do zdrowia.

A ja w międzyczasie na początku 2014 r. dostałem telefon, że mogę zostać dawcą i czy się zgadzam. Od razu odpowiedziałem, że tak i zaczęła się cała procedura. Badania krwi w rodzinnej przychodni dla potwierdzenia zgodności, krótka ankieta medyczna, którą wypełniłem i odesłałem pocztą. I znów czekanie, mija miesiąc, drugi, myślę sobie: „chyba nie pasuje ta moja krew”, ale w czerwcu dostałem telefon, że ze mną wszystko ok i jak najbardziej mogę zostać dawcą, ale pacjent nie ma remisji choroby i klinika prosi o kolejne 3 miesiące gotowości. Oczywiście od razu zgodziłem się, mając nadzieję, że wszystko będzie z pacjentem ok. Praktycznie przed końcem upływu tego 3 miesiąca (już się martwiłem). Telefon! „przygotowujemy pacjenta do przeszczepu”, rzeczowa konkretna rozmowa, kiedy badania wstępne, kiedy pobrania, jak co i gdzie. No i pojechałem na badania wstępne do Gliwic. Miałem bardzo sympatyczną opiekunkę, która oprowadzała mnie po wszystkich specjalistach i co najważniejsze opowiedziała mi jak to wszystko będzie wyglądać.

Dzień pobrania, godz. 7:30, jestem w klinice w Gliwicach, czekam na oddziale transplantacji aż przyjdzie pielęgniarka. Siadam na fotelu i zaczynam się stresować, czy wszystko pójdzie dobrze, czy uda się zebrać odpowiednią ilość komórek macierzystych, czy nie nawalę w tym decydującym momencie. Wszystko było dobrze, bezboleśnie, z fachową i miłą obsługą pani pielęgniarki. 4 godziny na fotelu i ot cały mój wysiłek. A danie komuś szansy na zdrowie i tak naprawdę na życie, jest budujące, że tak niewielkim wkładem można dać tak wiele. Teraz czekam na informację, że pacjent wraca do zdrowia i przeszczep się przyjął. Zachęcam wszystkich, aby rejestrowali się w bazie i namawiali swoich znajomych do tego, bo to nic nie kosztuje, a można dać wielu ludziom nadzieję i pomóc im w tych ciężkich dla nich chwilach.

Na koniec pragnę podziękować fundacji DKMS za organizację całej procedury, za informowanie mnie i odpowiadanie na wszystkie moje pytania.