Bartosz Cwynar

21 Lipiec 2015

W bazie Fundacji DKMS zarejestrowałem się kilka lat temu, bodajże w 2010 lub 2011 roku. Odkąd pamiętam, lubiłem się udzielać społecznie i robić coś dla dobra ogółu. Poza tym, kiedy byłem nastolatkiem, mój wujek, brat mojego ojca, zmarł na białaczkę. Dlatego, kiedy natknąłem się na spot czy baner Fundacji, zainteresowałem się tym tematem. Po przeczytaniu informacji na czym polega i z czym się wiąże dawstwo szpiku (komórek krwiotwórczych), wiedziałem, że chcę się zarejestrować w bazie i to zrobiłem. Wiedziałem już wtedy, że bez wahania zostanę dawcą, jeśli będzie taka potrzeba.

Potrzeba przyszła dopiero w lutym 2015 roku. Nie czekałem jakoś specjalnie na sygnał z Fundacji. Śledziłem co prawda na bieżąco jej działania, a nawet, jako dziennikarz telewizji internetowej, miałem przyjemność robić materiał podczas Dnia Dawcy Szpiku w jednej z gmin w powiecie myślenickim, gdzie Rafał Młodzikowski z DKMS, wyjaśnił mi i wszystkim obecnym wszelkie szczegóły związane z byciem dawcą. Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że spośród potencjalnych dawców, faktycznymi zostaje niewielki procent, zatem nie liczyłem, że znajdę się w tym gronie.

Pamiętam, że kiedy w lutym zobaczyłem warszawski numer telefonu na wyświetlaczu, pomyślałem „nie chce mi się odbierać, pewnie znowu jakaś reklama albo ankieta”. Odebrałem jednak i usłyszałem wiadomość: „Panie Bartoszu jest biorca, który potrzebuje Pana komórek”. Na dłuższą chwilę odebrało mi mowę, a łzy wzruszenia same cisnęły się do oczu.

Po pierwszych badaniach dowiedziałem się, że na trzy miesiące jestem „zarezerwowany” dla pacjenta, ale może być tak, że do przeszczepu nie dojdzie z różnych przyczyn. Czekałem jednak, międzyczasie rezygnując między innymi z picia alkoholu, by krew była jak najbardziej czysta. W połowie maja okazało się, że rezerwacja minęła. Nie ukrywam, że było mi smutno, choć z drugiej strony liczyłem, że po prostu inna forma terapii pomogła mojemu „genetycznemu bliźniakowi” i moja pomoc nie jest konieczna. I wtedy przyszedł 5 czerwca…

Ponowny telefon z Fundacji (już wtedy wiedziałem, że trzeba odebrać) i informacja, że jednak zabieg (poprzedzony badaniami wstępnymi) się odbędzie. Po ustaleniu wszystkich szczegółów i zakończeniu rozmowy, popłakałem się ze szczęścia jak dziecko. Wtedy moja 2,5 letnia córeczka pyta „tatusiu, czemu płaczesz? Co się stało?” Wytłumaczyłem córce, która akurat była przeziębiona, że „tatuś dowiedział się, że pomoże wyzdrowieć komuś, kto jest bardzo chory”. Na pytanie: „a nie może syropków, jak ja?” odpowiedziałem, że temu komuś nie mogą pomóc syropy, zastrzyki ani lekarstwa, tylko moja krew. Córeczka to zrozumiała na swój sposób i tak mocno się przytuliła, że nie zapomnę tego do końca życia.

Same badania wstępne i zabieg pobrania komórek macierzystych z krwi to przede wszystkim pełen profesjonalizm i niesamowita życzliwość w Centrum Onkologii w Gliwicach, począwszy od pani Ani z sekretariatu, poprzez panie pielęgniarki, aż po lekarzy. Wszystko spokojnie wyjaśniali, opiekowali się mną i pozostałymi dawcami na każdym kroku. Podobnie jak pani Gosia Klein z DKMS, która odbierała każdy telefon i cierpliwie odpowiadała na wszystko, o co tylko zapytałem (a pytań nie było mało). Fundacja zadbała także wszelkie sprawy związane z moim zakwaterowaniem, wyżywieniem itp. Wszyscy spisali się, zatem na szóstkę z plusem.

Poza tym, że dzięki oddaniu komórek macierzystych mogłem dać szansę mojemu genetycznemu bliźniakowi (58-latek z Niemiec) na drugie życie, jeszcze jeden aspekt jest moim zdaniem istotny. Od momentu, kiedy podzieliłem się tą radosną nowiną z rodziną i znajomymi (osobiście i na Facebooku), w bazie potencjalnych dawców DKMS zarejestrowało się przynajmniej sześć osób (o tylu wiem). Myślę sobie, że jeśli za każdym rzeczywistym dawcą pójdzie sześciu kolejnych potencjalnych, to o przyszłość transplantologii możemy być spokojni. Zachęcam z całego serca do pomagania innym i zarejestrowania się na www.dkms.pl. NAPRAWDĘ WARTO!