Dorota Kiszka

30 Październik 2014

Jeśli chodzi o moją historię dawcy, jest ona stosunkowo krótka. Decyzję o rejestracji podjęłam po przeczytaniu ulotki informacyjnej na uczelni i podjęłam ją dosyć szybko, być może pochopnie, ale świadomie.

Wiadomość o możliwości pomocy mojemu bliźniakowi genetycznemu otrzymałam po niespełna pół roku od zarejestrowania jako potencjalny dawca. Szczerze mówiąc był to dla mnie szok – niemożliwe, że tak szybko znajdzie się osoba, której mogę (to wielkie słowa) uratować życie. Pytanie o gotowość oddania komórek macierzystych było formalnością – oczywiście, że tak!

Z jednej strony było to smutne, że ktoś zachorował, z drugiej miałam to szczęście podzielić się z kimś czymś, co mnie nic nie kosztuje, a ratuje życie.

Gdy po zabiegu otrzymałam telefon z fundacji i dowiedziałam się, kim jest mój bliźniak, dopiero wtedy dotarło do mnie, że to się dzieje naprawdę i pomaganie to coś, co czyni nas szczęśliwymi. To nas nic nie kosztuje, a dla chorych znaczy tak wiele. To jak choroba nowotworowa, rak wyniszcza człowieka, a nawet go zmienia, wiem od podszewki na przykładzie mojej mamy. Przecierpiała zbyt dużo...cieszę się, że pomogłam zmniejszyć cierpienie osoby, która otrzymała moje komórki macierzyste.

Zachęcam do rejestracji każdego, kto czuje chęć pomocy innym, kto chce oddać cząstkę siebie drugiej osobie. To piękne i satysfakcjonujące uczucie. Nie da się go dokładnie opisać, trzeba doświadczyć