Izabela Kowal

2 Marzec 2015

Być może właśnie po to przyszłam na świat, aby móc oddać część siebie, aby móc uratować czyjeś życie.

Od zawsze chciałam zrobić w życiu coś, co nada mu większy sens. Coś, co pozwoli mi poczuć się trochę lepszą osobą, może trochę bardziej wyjątkową. Od zawsze pragnęłam też pomagać ludziom, więc gdy tylko skończyłam 18 lat, zarejestrowałam się do bazy DKMS-u oraz zaczęłam oddawać honorowo krew. W moim liceum corocznie organizowano zapisy pozwalające zostać potencjalnym dawcą szpiku, dlatego też wiedziałam o tej inicjatywie już wcześniej. Gdy się zapisywałam, zostałam poinformowana o metodach poboru komórek macierzystych, które w większości są pobierane z krwi. Wiedziałam, że szanse na znalezienie swojego bliźniaka genetycznego, któremu będę mogła pomóc, są niewielkie, jednak…

Około pół roku po zarejestrowaniu się w bazie, zadzwonił do mnie pracownik DKMS-u, by przekazać wiadomość, że jest osoba, która potrzebuje przeszczepu. Niestety złożyło się tak, że wtedy przebywałam w pracy za granicą. Wiadomość z fundacji była dla mnie szokująca, ale bez wahania podtrzymałam swoją chęć podzielenia się częścią siebie. Ze względu na mój pobyt poza granicami Polski, nie mogły jednak ruszyć wszystkie procedury badania zgodności itp. Dla mojego bliźniaka genetycznego do czasu mojego powrotu szukano innego dawcy, a ja biłam się z myślami, czy nie powinnam zostawić wszystkiego i wrócić do domu. Czy te 3 tygodnie nic nie zmienią... Ostatecznie wróciłam dwa tygodnie po otrzymaniu telefonu, bezzwłocznie poinformowałam fundację DKMS, że mogę przystąpić do badań. Zostałam skierowana na pobranie próbek krwi, aby ustalić stuprocentową zgodność.

Wtedy rozpoczął się długi okres oczekiwania. Wiedziałam, że może to potrwać do 3 miesięcy, a przez ten okres jestem zarezerwowana dla tego biorcy i nie wolno mi oddawać krwi. Pomimo tego czas biegł, a telefon nie dzwonił. Po 2 miesiącach napisałam wiadomość do fundacji, jednak miałam nadal czekać. Kiedy minął okres rezerwacji, postanowiłam oddać krew. Dwa dni później dostałam informację, że jeżeli nadal podtrzymuję chęć bycia dawcą, to został wyznaczony termin moich badań kontrolnych oraz pobrania szpiku. Poinformowałam pana Łukasza, że niestety dwa dni wcześniej oddałam krew i nie wiem czy to nie koliduje z zabiegiem. Na szczęście lekarz stwierdził, że wystarczy, abym przyjmowała żelazo. Dowiedziałam się, że będzie to pobranie z talerza kości biodrowej. Przeraziło mnie to, lecz nie zmieniłam decyzji. Nadal chciałam pomóc. W dniu badań kontrolnych w godzinach porannych zgłosiłam się do kliniki. Wykonano mi badania krwi ,EKG, USG , rentgen klatki piersiowej. Następnie zostałam skierowana do banku krwiodawstwa, aby oddać krew do autotransfuzji, która będzie wykonana po pobraniu. Miało to na celu wzmocnić mój organizm osłabiony ubytkiem szpiku kostnego.

Wszystkie badania wyszły pozytywnie, więc dzień przed zabiegiem zostałam przyjęta do szpitala. Dowiedziałam się wszystkiego o pobraniu szpiku i znieczuleniu ogólnym. Nie bałam się samego pobierania, a jedynie narkozy. Lecz jak się okazało - niepotrzebnie, gdyż zabieg przebiegł bez żadnych komplikacji. Nawet ból miejsc wkłucia był mniejszy, niż sobie to wyobrażałam. Bolało mnie tylko, gdy dotykałam tego miejsca lub czasem przy pochylaniu się. Po tygodniu od pobrania ból całkowicie ustał. Jedyne co, mój organizm był lekko osłabiony, lecz radość i poczucie, że dzięki mnie, ktoś ma szansę przeżyć, dawały mi niesamowitą energię.

Uczucie, jakiego człowiek doświadcza po wybudzeniu się, jest nie do opisania. Strach ? Ból? To jedynie wytwory naszej wyobraźni. Nie wszyscy popierali moją decyzję, twierdzili, że to dziwne samemu pchać się na salę operacyjną, jednak ja tak nie uważałam i ani minuty w swoim życiu nie żałowałam tej decyzji. Nic nie straciłam, a duchowo zyskałam wiele. Każdy może pomóc, to nic nie kosztuje, a nadaje życiu większy sens.

Dziękuję bardzo Fundacji DKMS za możliwość podzielenia się częścią siebie i zachęcam wszystkich do zapisania się do bazy dawców komórek macierzystych!