Jarosław Pokwicki

15 Styczeń 2014

Moja przygoda z DKMS rozpoczęta została jak u większości zarejestrowanych potencjalnych dawców. Jakiś spot w telewizji i pomyślałem dlaczego nie ja, jeżeli jestem honorowym dawcą krwi, to dlaczego nie połączyć tych dwóch nic nie kosztujących mnie „darów”.

Po dogłębnej analizie tematu podjąłem decyzję o rejestracji w bazie danych DKMS. Dalej standard, patyczki, karta, znaczek i… oczekiwanie oraz wiara w to, że może kiedyś, może komuś, może ktoś czeka na moje komórki. Po dwóch latach telefon z fundacji z informacją o tym, że mój genetyczny bliźniak potrzebuje pomocy. Jaka była moja radość nie jestem w stanie opisać. Dalej jak u wszystkich badanie wstępne i … cisza. Po trzech miesiącach list z fundacji z informacją, że nie mogę być dawcą zasmucił mnie. Jak to, jest dawca, jest biorca i co, nie można nic zrobić?

Po miesiącu od tego czasu zadzwoniła do mnie pani Zuzanna Jastrzębska z fundacji z informacją, że jednak zostałem zakwalifikowany do oddania szpiku dla mojego(ej) nowego(ej) brata/siostry. Wszystkie informacje dotyczące czasu i miejsca badań oraz samego zabiegu przesłano do mnie e-mailem oraz przekazano w rozmowie telefonicznej. Jako miejsce badań i pobrania wyznaczono klinikę w Dreźnie, jednak po kilkunastu dniach miejsce zostało zmienione na Warszawę.

Badania przebiegły w sposób profesjonalny i bezproblemowo, i tu podziękowania dla siostry Katarzyny za opiekę nad całością badań. Następnie paczka z czynnikiem wzrostu i podróż do domu z myślami o pobraniu.

Jako początek „podziału siebie” liczę od dnia kiedy po raz pierwszy wziąłem czynnik wzrostu, trochę bolały stawy i kości, ale środek przeciwbólowy doskonale sobie poradził. Następnie podróż do stolicy do znajomego hotelu DeSilva, w której towarzyszyła mi moja żona. Samo pobranie przebiegło w miłej atmosferze oraz towarzystwie innego dawcy. Po oddaniu swych komórek zwiedzanie Warszawy oraz ciekawość, gdzie i kim jest mój „bliźniak”. W końcu telefon z DKMS-u i informacją o moim nowym „rodzeństwie”. Jest to kobieta w wieku 67 lat zamieszkała w Kanadzie. Pierwsze myśli jakie przebiegły mi przez głowę to dlaczego tak daleko, lecz po chwili opamiętanie - przecież jest największy wynalazek naszej ery - Internet. Trzymam kciuki za moją „siostrę” z Kanady i życzę jej szybkiego powrotu do zdrowia.

Teraz, kiedy już zeszły emocje mogę stwierdzić, że my dawcy nie robimy nic wielkiego, nic nadzwyczajnego. My po prostu zarejestrowaliśmy się w DKMS-ie i oczekiwaliśmy na szansę pomocy drugiej osobie. Każdy może to zrobić w ciągu 5 minut odwiedzając stronę www.dkms.pl. Naprawdę warto.

Na koniec chciałbym podziękować pracownikom fundacji, kierownictwu i obsłudze hotelu DeSilva w Warszawie oraz personelowi Banku Komórek Krwiotwórczych i Krwi Pępowinowej w Centralnym Szpitalu Klinicznym Warszawie w szczególności siostrze Katarzynie i Małgorzacie.