Joanna Milke

19 Sierpień 2014

Moja „współpraca” z Fundacją DKMS rozpoczęła się w czerwcu 2012 roku. Kończyłam wtedy studia magisterskie. W celu uzyskania ostatniego wpisu w indeksie, kwalifikującego mnie do bronienia się w terminie, udałam się wraz z koleżankami na inną uczelnię, gdzie miał przebywać nasz wykładowca. Błądząc po gmachu uczelni zaczepiłyśmy pewnego Pana przechodzącego holem z zapytaniem, czy może wie gdzie znajduje się szukany przez nas profesor. W odpowiedzi usłyszałyśmy żartobliwe: „wiem, ale nie powiem. Chyba, że weźmiecie udział w akcji, która ma miejsce za drzwiami, przy których stoicie”. Nie pytając o nic, same zorientowałyśmy się czego dotyczy ów akcja. Decyzja była szybka, ale jak najbardziej słuszna i podjęta w pełni świadomie, wypełniłam formularz zgłoszeniowy i oddałam wymaz z policzków. W taki sposób dołączyłam do bazy potencjalnych dawców komórek macierzystych Fundacji DKMS. Idea Fundacji od dawna była mi znana, więc z radością dokonałam rejestracji, o której myślałam już od dłuższego czasu. Miejsce i czas, w którym akurat się znalazłam, zamieniły moje zamiary w czyny. Po kilku miesiącach otrzymałam swoją kartę z numerem potencjalnego dawcy i od tego czasu zawsze nosiłam ją w portfelu.

Kiedy w maju 2014 roku po raz pierwszy zadzwonił do mnie telefon z Fundacji DKMS, nie mogłam odebrać tego połączenia, oczywiście nawet nie byłam świadoma kto dzwoni. Po kilku minutach przysłano do mnie SMSa z prośbą o pilny kontakt z Fundacją DKMS. Nie ukrywam, że serce zabiło mi szybciej niż zwykle, a przez głowę przeszła krótka myśl – mam być dawcą. Jednak bardzo szybko odwróciłam tok myślenia i uznałam, że prośba ta na pewno dotyczy uaktualnienia danych. Drugiego dnia powtórzyła się ta sama sytuacja, a moje myśli skupiły się już tylko wokół tego, że to nie może być prawda. Jak to ja?! Ja mam być dawcą?! To nie może być prawda... Cały czas odpychałam od siebie tą myśl. A jednak... dostałam list z Fundacji z prośbą o oddanie komórek macierzystych dla konkretnego Biorcy.

Decyzja, która wydawać by się mogła bardzo łatwą, okazała się bardzo trudną. Zaczęłam analizować z najbliższymi wszystkie za i przeciw, ale serducho od samego początku podjęło decyzję i mówiło – TAK, zgadzam się!

Dopiero po dwóch dniach od odczytania listu odważyłam się skontaktować z koordynatorem Fundacji i wyrazić gotowość pomocy swojemu „bliźniakowi”. Podczas rozmowy zostałam poinformowana o szczegółach całej procedury badawczej i samego pobrania, a dalej wszystko toczyło się już swoim rytmem. Bez stresu i nadzwyczaj spokojnie.

W pierwszej kolejności zostałam umówiona na pobranie krwi w swoim miejscu zamieszkania, w celu ustalenia ostatecznej zgodności z biorcą. Fakt, iż mieszkam w małej miejscowości sprawił, że już samo pobranie krwi rozpoczynające cały proces, który był przede mną, spotkało się z dużą aprobatą i zainteresowaniem personelu poradni zdrowia, jak i wszystkich osób, którym opowiadałam o zaistniałej sytuacji. Po upływie kilku tygodni poinformowano mnie o pełnej zgodności z Biorcą i po raz kolejny zapytano o moją gotowość do pobrania. Oczywiście podtrzymując swoją decyzję na koniec lipca udałam się do Warszawy, gdzie w szpitalu klinicznym pozytywnie przeszłam wyznaczone badania, a już kolejne dwa tygodnie później, zdrowa i gotowa do pobrania zostałam podłączona do separatora, który w tym momencie wykonał wzorowo swoje zadanie. Już za pierwszym razem, metodą poboru komórek macierzystych z krwi obwodowej, udało się pobrać ode mnie odpowiednią ilość komórek macierzystych.

Cały proces, który musiałam przejść przed pobraniem, jak i samo pobranie, odbyły się w bardzo ciepłej i milej atmosferze, bez lęku i obaw. Personel medyczny, jak i koordynatorzy Fundacji, zawsze służą pomocą i udzielają odpowiedzi na wszystkie wątpliwości i pytania. W momencie, kiedy zostałam podłączona do separatora nurtowało mnie już tylko jedno pytanie – czy dowiem się dla kogo przeznaczony jest mój szpik. Pani Kasia, która cały czas czuwała nade mną w czasie zabiegu, poinformowała mnie tylko o wadze Biorcy. Dowiedziałam się, że ma 46 kg, co pozwoliło mi na wniosek, iż zapewne jest to osoba dorosła. Dopiero po całej procedurze, będąc już w hotelu, dostałam telefon od mojej koordynatorki, która poinformowała mnie, ze gdzieś we Włoszech mam swoją „siostrę bliźniaczkę”, która ma 57 lat i właśnie czeka na swój DZIEŃ ZERO, a mój szpik jeszcze tego samego dnia zostanie przetransportowany do kliniki, w której przebywa.

Radość i satysfakcja była ogromna. Samo członkostwo w bazie DKMS i to wyróżnienie, że to właśnie ja mogłam pomóc, nie sprawia, że czuję się bohaterem. Inni tak mnie nazywają. Jest to miłe i wszystkie słowa uznania i podziwu, jakie słyszę, ale nie to jest w tym najważniejsze. Nie dla tych słów zdecydowałam się oddać cząstkę siebie. Myśl przewodnia była jedna – tu chodzi o ludzkie życie - tu nie ma opcji wycofania. To, na co się zdecydowałam, nie boli, a pomaga. Ze swojej strony zrobiłam co powinnam była. Teraz trzymam kciuki za moją „bliźniaczkę” i z niecierpliwością czekam na wieści o jej stanie zdrowia.

NIE BÓJ SIĘ – POMAGAJ!