Kamil Szaraniec

15 Styczeń 2014

Moja historia z Fundacją DKMS Polska zaczęła się 3 lata temu. Zupełnie przez przypadek trafiłem na stronę www.dkms.pl. Przeczytałem wnikliwie wszystkie informacje, które były tam umieszczone i pomyślałem sobie, że fajnie by było, gdybym mógł zostać dawcą. Bez wahania wypełniłem formularz zgłoszeniowy i zamówiłem pakiet rejestracyjny. Dostałem go po kilku tygodniach. Zrobiłem sobie wymaz z jamy ustnej (jakie to się okazało proste!) i odesłałem do fundacji. Po kilku miesiącach otrzymałem kartę dawcy, czerwony puzzelek (symbol DKMS) oraz informację, że jestem już potencjalnym dawcą szpiku. Nie wiedziałem w sumie dlaczego, ale po przeczytaniu listu poczułem radość i dumę. Od tamtego czasu pozostało mi czekać na ewentualny telefon, że znaleziono mojego bliźniaka genetycznego.

Przez długi czas nikt do mnie nie dzwonił. Pomyślałem sobie, że to nawet dobrze. Mój bliźniak jest zdrowy. Na początku marca 2013 roku odebrałem telefon od pracownika Fundacji DKMS Polska. Okazało się, że jest osoba z białaczką, której mogę pomóc. Zapytano mnie wówczas czy dalej podtrzymuję swoją decyzję i chcę być dawcą. Nie było się nad czym zastanawiać. Od razu się zgodziłem! Podczas krótkiej rozmowy pracownik fundacji wyjaśnił mi na czym to wszystko będzie polegać i poinformował, jakie są sposoby pobrania szpiku i komórek macierzystych. Po kilku dniach byłem już umówiony na pobranie krwi w celu przeprowadzenia tzw. typizacji (chodzi o sprawdzenie zgodności genetycznej mojej i pacjenta). Fajne było to, że fundacja sama zatroszczyła się o to, abym na pobranie krwi nie musiał jechać nie wiadomo gdzie. Umówiono mnie w przychodni, która znajdowała się dwa bloki od mojego domu.

Po około 2 tygodniach od pobrania krwi, poinformowano mnie telefonicznie i mailowo, że wszystko jest OK i teraz będę poddany kolejnym, ale tym razem bardziej szczegółowym badaniom, które odbędą się w Gliwicach (klinika, do której miałem najbliżej). Nadszedł dzień badań. Pielęgniarka, która się mną zajmowała była bardzo miła i pomocna. Na początek pobrano mi krew. Trochę tego było, bo chyba z 10 próbek. W ogóle się tym jednak nie przejąłem. Wiedziałem, że jestem komuś potrzebny i to jeszcze bardziej mobilizowało mnie do działania. Później przyszedł czas m.in. na EKG, USG jamy brzusznej i RTG klatki piersiowej. Po tournée po kolejnych gabinetach spotkałem się z panem profesorem (niezwykle miły człowiek), który powiedział mi, że wyniki badań są w porządku i mogę zostać dawcą. Podczas rozmowy dowiedziałem się także, że komórki macierzyste zostaną pobrane z krwi obwodowej. Wcześniej musiałem jednak przyjmować przez cztery dni czynnik wzrostu. Pierwszy zastrzyk zrobiono mi u lekarza rodzinnego, następne trzy musiałem wykonać sobie sam. Szczerze mówiąc, nie było to nic przyjemnego, ale motywacja była tak duża, że zrobienie sobie samemu zastrzyku nie było problemem. Tak jak wcześniej mnie uprzedzono, pojawiły się bóle kostne i złe samopoczucie. Czułem się, jakby rozkładała mnie grypa. Na szczęście jedna tabletka przeciwbólowa pomogła pozbyć się bólu i wszystko było OK.

Nadszedł czas wyjazdu na pobranie komórek. W klinice zjawiłem się w towarzystwie mojej dziewczyny Patrycji i byliśmy trochę przed czasem. W szpitalu czekały na mnie dwie sympatyczne pielęgniarki. Jedna z nich po raz kolejny pobrała mi krew. W oczekiwaniu na wyniki udało mi się zjeść jeszcze śniadanie. Następnie zaproszono mnie na salę, w której pobierano komórki. Pielęgniarki podpięły mnie do całej aparatury, po czym wspólnie z lekarzem wyjaśnili mi wszystko. Pobranie trwało około 5 godzin. Później musiałem jeszcze poczekać na wyniki badań czy nie będę musiał powtarzać pobrania komórek z krwi obwodowej na drugi dzień (czasem to się zdarza). Znalazł się więc czas na obiad. Po chwili zjawił się lekarz. Powiedział, że nie ma potrzeby wykonywać kolejnego pobrania. Wręczył mi legitymację dawcy i podziękował.

Szczęście ogromne. Pomyślałem, że moja misja została zakończona.. Z mojej strony zrobiłem wszystko co mogłem, aby pomóc choremu. I zrobiłbym to jeszcze nie jeden raz, jeśli zaszłaby taka potrzeba.