Karolina Koziel

10 Wrzesień 2014

Moja przygoda z Fundacją DKMS rozpoczęła się na początku listopada 2013 r. Przed rejestracją powiem szczerze, że nie miałam zielonego pojęcia co TEN skrót oznacza, co to za Fundacja i czym się dokładnie zajmuje. Jak wspomniałam wcześniej, okazja do poznania wyżej wymienionych informacja nadarzyła się w 2013 r. To nie był zwykły ani normalny dzień. Jestem studentką bezpieczeństwa narodowego na Akademii Obrony Narodowej w Warszawie i to właśnie na uczelni dokonałam rejestracji do DKMS.

Mianowicie, przez cały tydzień na uczelni był realizowany projekt, który miał na celu wprowadzić ,,nowych” studentów do szybkiego zaklimatyzowania się w murach naszej uczelni. W jednych z TYCH dni poznałam chłopaka, który przyjechał specjalnie, aby uświadomić studentów, jak również wykładowców, o możliwości zapisania się bazy. Sama pomagałam również w rejestrowaniu potencjalnych dawców szpiku. W przerwie od wypisywania wniosków zapytał się mnie czy należę do grona potencjalnych dawców szpiku. Przyznałam szczerze, że nie. I od tego się zaczęło… Najpierw rozmowa. Przedstawił mi wszystko dokładnie, jakie są metody pobrania komórek macierzystych, czy pobór komórek boli (tak, tak, każdy na początku myśli o bólu, ja również), czy po ,,zabiegu” będę normalnie żyła jak wcześniej. Teraz wydaję mi się to zabawne, ale wtedy tak tego nie postrzegałam.

Na początku miałam pewne wątpliwości, jak każdy chyba. Zadawałam sobie w duchu pytanie, a co zrobię jak się okaże, że mam genetycznego bliźniaka, któremu będę musiała pomóc? Co wtedy zrobię? Jak się zachowam? Milion myśli zbierało się w mojej głowie, dlatego podzieliłam się z Nim swoimi odczuciami jak i lękiem. Zrozumiał. Wytłumaczył. Powiedział, że to, że zarejestruję się w bazie nie oznacza, że od razu mój bliźniak może się znaleźć. Czasami to trwa latami. A czasami ten, kto chce pomóc, nie może tego zrobić. Przyznam szczerzę to mnie trochę uspokoiło i wtedy podjęłam decyzję… raz się żyję.

30 czerwca 2014 r. odebrałam telefon z Fundacji. Po wstępnym ,,rozeznaniu” i potwierdzeniu moich danych osobowych, usłyszałam: ,,Pani Karolino, ma Pani szansę uratować komuś życie”. Przyznam szczerze, że nie pamiętam dokładnie tej rozmowy, ponieważ byłam w szoku. Nie wiedziałam czy to się dzieję naprawdę, czy po prostu ktoś się pomylił. Jakąś godzinę po zakończonej rozmowie nie mogłam zapanować nad drżeniem rąk. Potem wszystko działo się bardzo szybko. Badania potwierdzające zgodność, rozmowa z lekarzem, badania krwi, no i na końcu ustalenie terminu pobrania szpiku…

Dokładnie 3 września 2014 o godz. 8:00 zjawiłam się w Banku Komórek Krwiotwórczych w Warszawie. Stres – był. Lecz wiedziałam, że tak trzeba. Trwało to wszystko dwie godziny. Czy pobranie bolało? Nie. Panie, które były podczas pobrania zaopiekowały się mną. Były miłe, cała atmosfera była przyjazna, personel – pełen profesjonalizm, co sprawiało, że ten strach gdzieś się ulotnił. To, co nieznane, okazało się nie takie straszne, i jak to mówią, strach ma tylko wielkie oczy. Niektórzy nie wiedzą, że oddanie szpiku może przybierać dwie formy. Ja np. komórki macierzyste miałam pobierane z krwi obwodowej, zaś druga metoda, mniej popularna z TALERZA KOŚCI BIODROWYCH - a nie z kręgosłupa! Właśnie poprzez niewiedzę człowiek boi się takich rzeczy, stroni od nich, bojąc się o własne życie. Co sprawiało lekki dyskomfort? Przyjmowanie czynnika wzrostu 4 dni przed zabiegiem, który powodował ból głowy – to wszystko. Tak więc czynnik sprawił, że moje komórki macierzyste się ,,rozmnożyły” i właśnie ten nadmiar został pobrany.

Moje komórki macierzyste powędrowały do 6-cio miesięcznego chłopczyka ze Słowenii. Wiem również, że w przyszłości nie będę mogła się z nim zobaczyć poprzez regulacje prawne tego kraju, choć bardzo bym chciała. Ale wiem również, że (mam nadzieję) przyczyniłam się do tego, że będzie on żył. Dostał szansę, jaką jest życie. Co mogę powiedzieć więcej…

Jest to niesamowite uczucie, uczucie, którego nie da się opisać słowami. Świadomość, że mogłam komuś uratować życie – bezcenna.

Znajomi nazywają mnie bohaterką. Hmm, ale ja się wcale tak nie czuję. Zrobiłam to, co uważałam za słuszne. W dzisiejszych czasach jest mało ludzi, którzy chcą dzielić się zwykłymi rzeczami materialnymi, a co tu dopiero mówić o rzeczach, o których możemy mówić, że wchodzą w ,,ingerencję’’ z ciałem. Wiem również, że zrobiłabym to raz jeszcze, nie wahając się ani chwili. Jestem szczęśliwa, ponieważ moja historia poruszyła znaczną część kolegów i koleżanek z liceum i studiów. Kilku z nich ma przy najbliższej okazji się zapisać, a najbardziej jestem dumna z mojej mamy, która była przy mnie cały czas, wspierała mnie i … po powrocie ze szpitala, zarejestrowała się do Fundacji DKMS poprzez Internet. Teraz czeka na przesyłkę z materiałami do pobrania wymazu. Czyli jednak do czegoś się przyczyniłam i sprawiłam, że inni chcą dzielić się sobą.

Może moja historia nie jest nad wyraz nadzwyczajna, ale chciałam ukazać fakt, iż czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, że gdzieś tam na świecie jest osoba, której właśnie Ja czy Ty możesz pomóc i nikt inny. Nie minęło dużo czasu, ale ostatnio będąc na spacerze widziałam pewną Panią z dzieckiem, które wesoło biegało po parku, było raczej starsze niż mój bliźniak, ale wtedy zdałam sobie sprawę, że dobrze postąpiłam i tak na marginesie wychodzę z założenia, że … KARMA DO NAS WRACA.