Katarzyna Biazik

2 Marzec 2015

Moja przygoda z Fundacją DKMS zaczęła się w 2009 roku. Nie pamiętam już nawet skąd dowiedziałam się o samej Fundacji, ale ochoczo się zarejestrowałam z nadzieją, że może komuś przyda się mój szpik.

Telefon dostałam na początku stycznia 2015 roku. Bardzo miła pani z Fundacji poinformowała mnie, iż znalazł się zgodny biorca dla mojego szpiku. Najpierw szok, potem lekkie zdezorientowanie, później ogromna radość. W końcu minęło już 6 lat od mojej rejestracji i byłam przekonana, że raczej nie zostanę dawcą szpiku. A jednak, życie potrafi zaskakiwać.

Zgodziłam się bez najmniejszego wahania. Po tygodniu zgłosiłam się do mojej przychodzi na pobranie krwi do badań. Jakieś dwa tygodnie później zostałam poinformowana, że zapraszają mnie na badania wstępne do Warszawy. Stawiłam się lekko zdenerwowana, nie miałam przecież pewności, że badania potwierdzą, iż mogę zostać dawcą.

Załoga banku komórek macierzystych przyjęła mnie niezwykle serdecznie. Panie pielęgniarki okazały się złotymi kobietami – ciepłe, troskliwe i bardzo pomocne. Przebadali mnie od „stóp do głów” i mój lekarz prowadzący (którego jestem ogromną fanką) orzekł, iż jestem zdrowa i jeśli nadal podtrzymuję chęć zostania dawcą to nic nie stoi na przeszkodzie.

Dwa tygodnie później przyjechałam na pobranie. Już na badaniach wstępnych lekarz oznajmił mi, że w przypadku mojego biorcy w grę wchodzi tylko pobranie szpiku z talerza kości biodrowej. Nie będę więc zgrywać bohaterki, powiem szczerze – bardzo się bałam. Czego? Bałam się mojej pierwszej w życiu narkozy, bałam się bólu pooperacyjnego...

Teraz, kiedy jestem już po wszystkim mogę z całą pewnością przyznać, że moje obawy były grubo przesadzone. Personel oddziału, na którym leżałam, bardzo dobrze się mną opiekował. Co do samego pobrania mój lekarz na każdym kroku dbał o to, aby minimalizować moje obawy. Wiele zawdzięczam również panu anestezjologowi (którego jestem jeszcze większą fanką). Nie mogłam mieć soczewek, więc nie widziałam jego twarzy, ale pamiętam soczyście czerwoną bandanę na głowie. Totalnie pozytywnie zakręcony człowiek – niesamowicie mnie rozśmieszał, pamiętam jego śmieszne teksty, zakręciło mi się w głowie i... obudziłam się na pooperacyjnej. Jak już się w końcu wyspałam czułam się o wiele lepiej niż się spodziewałam. Byłam osłabiona od utraty krwi, ale jak już zaczęłam jeść i pić, to czułam się coraz lepiej. Trochę bolało mnie gardło od intubacji, ale to też nic wielkiego. Co do bólu pooperacyjnego – czułam się tak, jakbym się solidnie wyrżnęła kością ogonową na lodowisku – spokojnie do przeżycia.

Jeszcze w czasie pobytu w szpitalu zadzwonili do mnie z Fundacji z zapytaniem o to, jak się czuję. Wtedy też dowiedziałam się, że mój szpik powędrował do chłopca z Polski – więc mam brata bliźniaka. Bardzo mocno trzymam za niego kciuki i z całego serca życzę mu jak najszybszego powrotu do zdrowia, żebyśmy mogli się spotkać w przyszłości.

Serdecznie dziękuję pracownikom DKMS oraz całej załodze szpitala za wsparcie oraz troskliwą opiekę – jesteście naprawdę świetni, dzięki wam dawcom dużo łatwiej przejść przez cały proces, nawet jeśli mają obawy.

Apeluję również do wszystkich, którzy biorą pod uwagę zostanie dawcą szpiku – nie wahajcie się, naprawdę warto. Sama przez to przeszłam, a do specjalnie odważnych nie należę i wiem, że bez zastanowienia poddałabym się pobraniu jeszcze raz. Świadomość, że ktoś może przeżyć dzięki mnie jest bezcenna...