Krzysztof Bać

14 Październik 2014

Zawsze chciałem mieć siostrę

Warto. Ze wszech miar warto! Tyle powiedziałbym osobom, które mają jakąkolwiek wątpliwość czy zarejestrować się jako potencjalny dawca szpiku.

Z Fundacją DKMS "związałem się" ok. 1,5 roku temu. Do wysłania swoich próbek zmobilizowała mnie koleżanka z pracy (dzięki Andzia!). Otrzymałem kartę dawcy. Schowałem ją do portfela. I pomyślałem sobie - skoro poszukiwanie bliźniaka genetycznego jest jak szukanie igły w stogu siana - na pewno tak szybko się nie przydam. Jakże się myliłem...

Po 1,5 roku zadzwonił telefon. Początkowo nie odebrałem, bo byłem zajęty. Więc dostałem sms-a z prośbą o pilny kontakt z fundacją. Moje serce zaczęło bić mocniej. Po raz drugi zadzwonił telefon. Odebrałem i usłyszałem, że jest zgodny biorca i proszą mnie o wstępne badanie krwi, aby tą zgodność potwierdzić. W głowie pojawiło się tysiące myśli. Oczywiście pojawił się lekki strach. Niby pani koordynatorka cierpliwie wyjaśniła mi, na czym polega zarówno badanie wstępne, jak i sam zabieg separacji komórek macierzystych. Ale muszę przyznać, że w głowie kotłowały się setki myśli: a co jeśli nie jestem na tyle zdrowy by doszło do pobrania komórek? A czy to pobranie jest naprawdę bezpieczne - zarówno dla mnie jak i dla biorcy? Czy przejdę badania? Czy będę w 100 proc. zgodny z biorcą? Mocno mi się kotłowało w głowie. Jednocześnie pojawiło się ogromne poczucie odpowiedzialności - za czyjeś życie. Że muszę zrobić wszystko, żeby pomóc tej drugiej osobie, że teraz jakbym się wycofał zrobiłbym najgorszą rzecz w swoim życiu.

Zaczęła się cała procedura - wstępne badanie zgodności. Moja superkoordynatorka z DKMS-u powiedziała mi, że oczekiwanie na wyniki badań mogą potrwać do 12 tygodni. Więc pomyślałem – ok, poczekam. Ale po tygodniu kolejny telefon z DKMS-u. No i przyspieszenie akcji. Okazało się, że sprawa jest pilna i biorca nie może czekać. Zgodność się potwierdziła. Więc kolejne badania - tym razem w klinice w Krakowie. Warunki badania - super. Świetne Panie pielęgniarki i super lekarz, który rozwiał moje obawy i wątpliwości. Dostałem zastrzyki czynnika wzrostu na wynos (to wcale nie boli i po raz pierwszy robiłem sobie sam zastrzyki - ciekawe doświadczenie) i do domu. No i teraz pozostało oczekiwanie. Znów pojawiły się obawy - czy jestem zdrowy, czy wszystko jest ok - no i zarazem takie wewnętrzne poczucie, że nie ma innej drogi, jeśli będzie wszystko ok, muszę pomóc. Po około tygodniu przyszedł mail z DKMS-u - Wszystko ok - zapraszamy na pobranie do Krakowa. Więc to już... Nie potrafię opisać ile emocji tliło się we mnie. Dawno czegoś takiego nie przeżywałem. To było niesamowite. Wciąż były obawy, wciąż był lekki strach (ale raczej przed tą maszyną, do której miałem być podpięty). Ale była też radość (tak wielka, jakiej dawno w moim sercu nie było), była ekscytacja, że komuś się przydam, że komuś pomogę.

Sam zabieg okazał się kompletnie bezproblemowy. Poza wkłuciem (cierpliwa pani pielęgniarka szukała odpowiedniej żyły, ale za 4 razem się udało) - absolutnie bezbolesny. Trwał około 6 godzin. Przygotowałem się na powtórny zabieg (o tym uprzedzał mnie pan doktor, że istnieje możliwość, że nie uda się w jeden dzień "uzbierać" z mojej krwi odpowiedniej ilości komórek), który miał odbyć się następnego dnia, ale ku mojemu zdziwieniu wszystko udało się w ciągu jednego dnia. Byłem ogromnie szczęśliwy! Tylko tyle.

Po kilku godzinach od zabiegu dostałem telefon z DKMS-u. Pani zapytała się czy wszystko ok, jak się czuję i czy chcę wiedzieć, komu dałem szansę na uratowanie życia. Okazało się, że pomogłem młodej dziewczynie. Łzy napłynęły mi do oczu. To było jedno z najpiękniejszych uczuć, jakie kiedykolwiek przeżyłem. Chciałem skakać, krzyczeć z radości. Mam siostrę, którą zawsze chciałem mieć!!!

Zachęcam wszystkich, żeby rejestrowali się w bazie dawców komórek macierzystych. Nie wahajcie się. Każdy z nas może komuś podarować szansę na życie. Im nas więcej, tym więcej ludzi uda się uratować.