Marta Tłuchowska

10 Wrzesień 2014

Moja przygoda z DKMS zaczęła się od przyjaciółki Asi, która pewnego razu do domu przyniosła list z fundacji. Nic wtedy na ten temat nie wiedziałam, ale od razu zajrzałam na stronę internetową i ze wszystkim szczegółowo się zapoznałam. Nie ukrywam, że miałam pewne wątpliwości, które jak szybko przyszły tak szybko poszły. Postanowiłam, że zarejestruję się jako dawca, bo w końcu ja nic na tym nie stracę, a mogę komuś pomóc. W sumie nie chciałam, by się znalazł mój bliźniak genetyczny, dawałoby mi to znak, że jest zdrowy i ma się dobrze. Ale niestety tak się nie stało jakiś rok od bycia w bazie zgłosił się do mnie Pan Marcin Szczepkowski, że będzie potrzebna moja pomoc. Najpierw kontakt e-mail (e-maila czytałam chyba z dziesiątki razy, bo nie mogłam w to uwierzyć), potem kontakt telefoniczny i pytanie czy ' nadal chce pomóc?' Odpowiedź mogła być tylko jedna, że TAK.

Zostałam umówiona na pobranie krwi, by sprawdzić całkowitą zgodność, czas oczekiwania na wyniki strasznie się wydłużał. Aż w końcu otrzymałam telefon od Pani Barbary Jeżowskiej z informacją o pełnej zgodności i kolejne pytanie czy nadal chcę pomóc, a odpowiedź ta sama, że tak. Zostałam umówiona na badanie wstępne, które miały się odbyć 18 czerwca 2014 r. w Dreźnie. Zostałam tam dowieziona przez fantastycznego tłumacza Pana Henryka Luchowskiego, który strasznie umilał nam podróż (jechałam nie tylko ja, ale również Agnieszka z mężem i Tomek). Dzięki tym osobom już nie bałam się oddania szpiku (u mnie została wybrana metoda z krwi obwodowej), rozmowa z nimi bardzo mi pomogła. Badania wstępne przeszłam i otrzymałam zastrzyki, które postanowiłam wstrzykiwać sobie sama. Teraz pozostało tylko czekanie na wyznaczony termin poboru ….

Niestety 20 czerwca otrzymałam wiadomość, że biorca się rozchorował i będzie trzeba przesunąć termin pobrania. Zapytanie czy będę czekać - bez wahania odpowiedziałam, że tak. Nie znałam osoby, ale martwiłam się o jej zdrowie, w myślach mówiłam, by walczyła. Dlatego ucieszył mnie telefon z informacją o nowym terminie wyznaczonym na sierpień. Ponownie musiałam zrobić badania krwi i czekać na wyjazd. Lecz tydzień przed wyznaczonym terminem dostałam kolejny telefon o tym, że biorca złapał infekcje i będzie konieczne przesuniecie, ale dalej postanowiłam czekać, ja na tym nic nie traciłam, bałam się jedynie o tą osobę.

Szybko wyznaczono mi kolejny termin na 2 września, miałam wtedy nadzieje, że nic już na drodze nie stanie. I tak też się stało. Tym razem do Drezna zabrał mnie Pan Maciej Luchowski, mega człowiek, dzięki któremu nie czułam się jakbym była w szpitalu. Dziękuję również za wytrzymanie ze mną tych 4 godzin chłopakowi Danielowi, dzięki niemu jakoś szybko one minęły. Pod koniec pobrania okazało się, ze szpiku jest wystarczająco dużo i drugiego dnia nie muszę przychodzić, więc postawiłam wracać do domu.

W drodze powrotnej dostałam telefon, że szpik poszedł do kobiety w wieku 35. Z początku przyjęłam to z uśmiechem. Ale już w pociągu do domu uświadomiłam sobie, że przecież jest to młoda kobieta, która całe życie ma przed sobą, że pewnie ma dla kogo żyć i wtedy same łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu. Na pewno cała ta historia zostanie w mej pamięci do końca. Teraz tylko czekam te 100 dni, by dowiedzieć się, czy wszystko się udało. Uwierzcie warto pomagać! Uczucia, które temu towarzyszą są nie do opisania. Cieszę się, że udało mi się pomóc i zapewne zrobiłabym to i jeszcze raz i jeszcze raz, a nawet gdyby trzeba było czekałabym i dłużej.