Mateusz Grzesiak

15 Styczeń 2014

Jakiś czas temu zdecydowałem się zarejestrować na stronie DKMS, była to decyzja szybka i podjęta w chwili, nie zastanawiałem się nawet. Po jakimś czasie dotarła do mnie karta dawcy i ten fajny puzelek, który do dzisiaj jest u mnie w pokoju na honorowym miejscu. Kartę dawcy włożyłem do portfela, nie chwaliłem się tym nikomu, później zapomniałem nawet, że jestem zarejestrowany jako potencjalny dawca. No może czasem przypominał mi o tym ten puzzelek.

W połowie października ubiegłego roku dzwoniono do mnie z fundacji- niestety, nie odebrałem, pewnie czymś byłem zajęty, spojrzałem, że jakiś warszawski numer i pomyślałem sobie, że jak komuś zależy, to pewnie drugi raz zadzwoni. Była godzina późna, kiedy wróciłem do domu i zrobiłem codzienny przegląd poczty i właśnie tam odczytałem informację o odnalezieniu mojego bliźniaka genetycznego.

Pierwsze wrażenie po odczytaniu wiadomości było niesamowite, można powiedzieć, że od razu urosłem chyba z dziesięć centymetrów, poczułem się jak ktoś ważny, jak ktoś lepszy.

Przecież to nie jest takie tam mało znaczące wydarzenie, to wielka sprawa, możliwość uratowania komuś życia dając cząstkę siebie jest czymś niepowtarzalnym, podejrzewam, że wielu dobrych ludzi chciałoby w ten sposób pomagać. Czułem się jak ktoś wyróżniony, jeden z wielu tysięcy ludzi… Następnego dnia zadzwoniłem do fundacji, gdzie szczegółowo i wyczerpująco wytłumaczono mi w jaki sposób wszystko będzie się odbywało. Później tylko czekałem na informacje, dostawałem wiadomości, dzwoniono do mnie, można powiedzieć, że koordynowano moje ruchy w kierunku jak najszybszego załatwienia wszystkich formalności. Skierowano mnie na pierwsze badania krwi w moim miejscu zamieszkania, następnie dostałem wiadomość o metodzie pobrania - z krwi obwodowej, następnie powiedziano mi o miejscu - komórki miałem pobierane w Dreźnie w Niemczech. Na dwa tygodnie przed tym wielkim dla mnie dniem pojechałem do Drezna na szczegółowe badania, opiekował się mną tłumacz - Maciej i jego ojciec Henryk, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam i dziękuję za pomoc i wielkie serducha! Badania przeszedłem pomyślnie, wszystkie wyniki były bezbłędne, wychodząc od lekarza dostałem prezencik - pakiet zastrzyków z czynnikiem wzrostu komórek macierzystych. Później wróciliśmy do Polski.

Na cztery dni przed moim Wielkim Dniem zacząłem „kuracje” zastrzykami, troszkę mnie po nich w kręgosłupie bolało, ale da się znieść. Nadszedł czas, kiedy to z osobą towarzyszącą - moją dziewczyną Edytą, której bardzo dziękuję za bycie ze mną w tych pięknych chwilach, wyruszyliśmy do Wrocławia, Tam na miejscu czekał na nas P. Henryk, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy do Drezna. Nie ukrywam, że w przeddzień trochę się denerwowałem, ale to chyba normalne - to tak, jak przed każdym ważnym dniem w życiu.

Nadeszła godzina zero. Z uśmiechami na ustach pojechaliśmy do kliniki, gdzie wszystko było już przygotowane. Po podłączeniu mnie do aparatury bardzo fajnie to wyglądało, z jednej ręki krew wypływała, przechodziła przez aparaturę, a drugą ręką wracała uboższa o komórki macierzyste, których i tak miałem za dużo przez przyjmowanie zastrzyków. Nie odczułem żadnej zmiany w swoim samopoczuciu, co chwilkę tylko spoglądałem na zapełniające się woreczki i uświadamiałem sobie jak wielką rzecz w tej chwili robie, jak ważna jest moja rola w danej chwili. Z tego miejsca Dziękuję zespołowi medycznemu Polikliniki w Dreznie za opiekę, za uśmiechy, za serdeczność.

Cóż ja mam jeszcze napisać. Chciałbym dzielić się moimi odczuciami z każdym, chciałbym opowiadać każdemu o tym, jak wielką rzecz można komuś podarować zupełnie bezinteresownie, jak można po prostu podarować komuś życie. Każdy ma prawo do życia. W chwili kiedy to życie wisi na włosku człowiek człowiekowi powinien pomagać, powinien rzucić wszystkie codzienne sprawy i biec tam, gdzie potrzebna pomoc, bo życie jest najcenniejszym darem, który trzeba chronić, a nasze małe codzienne sprawy są niczym w porównaniu z tym, jak dramatyczne jest ludzkie cierpienie. Ja rzuciłem wszystko, by pomóc czterdziestoletniemu Amerykaninowi, może dzięki mnie jego dzieci będą miały ojca, żona nie straci męża, a Jego rodzice nie stracą syna.

W pogoni za dobrami materialnymi w dzisiejszych czasach nie mamy czasu na wiele bezinteresowności, człowiek człowieka utopiłby w łyżce wody z zazdrości, z nienawiści, a przecież życie jest takie ulotne, takie kruche i takie krótkie, że nie powinno być miejsca na takie właśnie rzeczy.

Na koniec zachęcam do rejestrowania się na stronie fundacji jako potencjalni dawcy szpiku…

Bo musimy spieszyć się pomagać ludziom, bo tak szybko, czasem za szybko mogą odejść.

Dziękuję wszystkim, którzy w mały bądź większy sposób przyczynili się do pomyślnego przeprowadzenia pobrania ode mnie komórek macierzystych, a Biorcy życzę szybkiego powrotu do zdrowia i spotkania za dwa lata.