Mateusz Kołtoniak

24 Październik 2014

Na samym początku, zanim jeszcze zacznę swoją historię, chciałbym zaapelować do wszystkich, którzy przeczytają ten tekst, aby – gdy jest taka możliwość – pomagali innym, na co dzień i cieszyli się każdym dniem. Jedną z form pomocy jest zarejestrowanie się, jako potencjalny dawca szpiku kostnego. Przy okazji zachęcam wszystkich, którzy chcą i mogą, aby oddawali swoją krew – ten „produkt” jest potrzebny także do ratowania życia, jesteśmy jedynymi „producentami”, którzy mogą honorowo się tym „produktem” podzielić – nie kosztuje nas to nic, a jak wiemy krwi nie można kupić, ani wyprodukować.

Wracając do mojej historii, która zaczęła się na początku grudnia zeszłego roku. W tym dniu na większości poznańskich uczelni odbywała się akcja „Zostań Dawcą!” zachęcająca do rejestracji w bazie dawców szpiku kostnego organizowanego przez Fundację DKMS. Odkąd oddaję krew (a dokładnie jest to już pięć lat) moim kolejnym postanowieniem było zarejestrowanie się, jako potencjalny dawca szpiku. Po niespełna dwóch miesiącach zadzwoniła do mnie Fundacja DKMS, ponieważ otrzymali zapytanie, co do mojej osoby, abym został dawcą komórek macierzystych dla konkretnego pacjenta. Początkowo bardzo się ucieszyłem, że tak szybko mógłbym komuś pomóc. Jeden z koordynatorów Fundacji DKMS przedstawił mi całą najbliższą, ale także późniejszą procedurę. Polegała ona na tym, że Fundacja umawiała mnie do laboratorium (w miejscu zamieszkania), gdzie w celu ostatecznego potwierdzenia cech zgodności antygenowej z pacjentem pobierano 40 ml krwi do badania. W międzyczasie wypełnić należało ankietę medyczną (podobną do tej, jaką wypełnia się przed oddaniem krwi) i odesłać na adres Fundacji. Następnie w przeciągu 12 tygodni miałem otrzymać informacje o wyniki badań i dalszych zaleceniach – przez ten okres nie mogłem oddawać krwi, co było największym moim zmartwieniem podczas całej tej procedury.

Pod koniec maja otrzymałem informację z Fundacji, że wyniki badań kwalifikują mnie, jako potencjalnego dawcę komórek macierzystych. Jednak klinika wystosowała prośbę o przedłużenie rezerwacji do sierpnia, czyli znów ponad dwa miesiące nie mogłem oddać krwi, jednak wiedziałem, że w każdej chwili mój szpik może być bardzo potrzebny. Minął termin rezerwacji, dlatego postanowiłem napisać maila i oczekiwać na odpowiedź ze strony DKMS-u. Zadzwonił jeden z koordynatorów oznajmiając mi, że prawdopodobnie klinika zrezygnuje z mojej osoby, ale dalej będę widniał w rejestrze potencjalnych dawców. Poprosił mnie jeszcze o kilka dni, aby mógł się zorientować i potwierdzić na 100%, że nie jestem już przypisany do konkretnego pacjenta. Ta informacja trochę mnie przygasiła, z jednej strony był to żal, że nie mogę pomóc, ale z drugiej czułem jakąś ulgę, że w końcu będę mógł oddać krew. Na początku września nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji, otrzymałem niespodziewaną, wspaniała informację! Klinika lecząca pacjenta poprosiła Fundacje o organizację całej procedury pobrania. W tym celu DKMS skontaktował się ze mną i przekazał mi wszystkie sprawy organizacyjne nt. badań wstępnych oraz terminu pobrania szpiku kostnego. W moim przypadku miał on zostać pobrany z talerza biodrowego. Zostałem poinformowany o wszystkim i trzy tygodnie później miałem stawić się na badaniach wstępnych w Warszawie, w tym celu został zapewniony dla mnie nocleg w jednym z hoteli przy Okęciu (w odległości około 1 km od szpitala). Wszelkie koszty wyżywienia i przejazdu były refundowane przez Fundację.

Pierwszy raz w życiu miałem robione tak kompleksowe badania, na początku pobranie krwi, wypełnienie ankiety, oddanie moczu, następnie EKG spoczynkowe, RTG klatki piersiowej oraz USG jamy brzusznej. Na końcu rozmowa z lekarzem i koniec badań. Po trzech dniach dostałem zielone światło i nic nie stało na przeszkodzie, abym za kilkanaście dni został dawcą. W tym czasie musiałem na siebie uważać jeszcze bardziej niż zwykle. I nadszedł ten czas – najpierw podróż do Warszawy, nocleg w hotelu i następnego dnia zgłoszenie się do kliniki. Pobranie krwi, pokazanie oddziału, na który miałem zgłosić się wieczorem. Dzień przed zabiegiem mogłem spędzić ze swoimi najbliższymi (zwiedziłem część Warszawy, spotkałem się z rodziną), którzy postanowili wybrać się ze mną. Muszę przyznać, że moja siostra – Dorota oraz dziewczyna – Jagoda, bardziej stresowały się ode mnie przed zbliżającym się zabiegiem. Jednak wiedza, jaką otrzymywałem od Fundacji DKMS uspokajała mnie z każdym dniem, nie przejmowałem się ani zabiegiem operacyjnym, ani tym, że będę miał narkozę ogólną.

Była godzina 7:45. Kilkanaście minut później byłem już w innej części szpitala, w korytarzu prowadzącym na sale operacyjne „przesiadłem” się z wózka na łóżko, by po chwili znaleźć się na sali operacyjnej, leżałem obok stołu, na którym za kilkanaście minut miałem mieć pobierany szpik kostny. Zostałem podłączony do kroplówki, cały czas mierzone było moje ciśnienie oraz przedstawiono mi jak to wszystko będzie wyglądać. Po chwili pojawiła się Pani anestezjolog, przeprowadziła ze mną wywiad, podpisałem zgodę i czułem, że jestem już coraz bliżej operacji. Około 8:20 wszystko się zaczęło. Padła komenda „zaczynamy” i poprzez wenflon została wprowadzona narkoza ogólna. Poczułem rozprzężenie w ręce i… odpłynąłem. Kolejnym momentem było wybudzanie się w sali pooperacyjnej. Co chwilę podchodzili lekarze, pielęgniarki, stażyści, którzy sprawdzali jak się czuję. Odczuwałem dyskomfort w gardle – miałem je podrażnione, a było to spowodowane tym, że podczas zabiegu byłem podłączony do aparatury i oddychałem przez rurkę intubacyjną. Na oddział wróciłem na swoim łóżku szpitalnym, przed moją salą czekała już moja siostra i dziewczyna. Jak je zobaczyłem czułem się bardzo dobrze, miałem przyłożony okład z lodu w okolicach talerza biodrowego, który miał uśmierzać ból, mimo, że go nie czułem.

Zgodnie z zaleceniami, wszystkie czynności – tj. wstawanie, chodzenie, jedzenie – miałem robić powoli, małymi kroczkami. Przy jednym z takich kroków (w trakcie degustacji obiadu szpitalnego) zrobiło mi się słabo. Jednak po kilkunastu minutach zdrzemnąłem się. Wieczorem było już lepiej, zjadłem w ślimaczym tempie obiadokolację, a następnego dnia rano zostałem wypisany ze szpitala. Pobrano ode mnie 1350 ml mieszaniny krwi i szpiku (około 5%). Godzinę po tym, jak opuściłem klinikę, zadzwonił do mnie DKMS, by uroczyście poinformować mnie, że mój szpik trafił do 18-letniego Francuza. Obecnie jestem kilkanaście dni po zabiegu, czuję się bardzo dobrze, przyjmuję leki na wzmocnienie (żelazo + kwas foliowy), niedługo czekają mnie pierwsze badania krwi po zabiegu. Z tego, co się orientowałem przez najbliższe dwa lata jestem przypisany do tego pacjenta. Za trzy miesiące DKMS z prośbą – poprzez kontakt z kliniką biorcy – dowiedzenia się o stanie pacjenta, któremu – mam nadzieję – pomogłem. Mam możliwość też napisania listu. Wierzę też, że to nie jest ostatni raz, kiedy pomagam komuś, po około pół roku znów będę mógł oddawać krew, a także po dwóch latach planuje dalej widnieć w rejestrze potencjalnych dawców szpiku – może znów nie będę musiał długo czekać i znów nadarzy się okazja, by mój szpik powędrował do kogoś, kto tego potrzebuje.

Na końcu swej długiej opowieści chciałbym bardzo podziękować Fundacji DKMS – a w szczególności koordynatorom, którzy ze mną się kontaktowali, czyli P. Katarzynie Niedzielskiej (która kontaktowała się ze mną w ostatniej fazie pobrania), P. Katarzynie Sidoryk, P. Marcinowi Szczepkowskiemu (którzy jako pierwsi do mnie zadzwonili i przedstawiali wszelkie procedury, umawiali mnie na pobranie krwi, etc.) oraz P. Tomaszowi Oćwieja, (który obecnie zajmuje się sprawami finansowymi, czyli zwrotem kosztów podróży, wyżywienia, jakie poniosłem jadąc na pobranie i badania wstępnie do kliniki w Warszawie). Ogromne podziękowania należą się osobom pracującym w Banku Komórek Krwiotwórczych, tj. lekarzom, pielęgniarkom, którzy niemal każdego dnia wykonują sumiennie swoją pracę – przy tym, niezwykle dbają o pacjentów i można było odczuć taką sielską, rodzinną atmosferę. Bardzo miło było Państwa poznać i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie nam dane się spotkać. I na końcu najważniejsze podziękowania dla mojej siostry – Doroty oraz dziewczyny – Jagody, które przez okres hospitalizacji w szpitalu nie opuszczały mnie na krok, mogłem na ni w każdej chwili bardzo liczyć. Dziękuję także swoim rodzicom, najbliższym, przyjaciołom i wszystkim tym, którzy trzymali za mnie kciuki, i odczuwałem wszelkie wsparcie z ich strony.