Michał Makarewicz

9 Luty 2015

Moja historia dawcy zaczyna się od smutnej historii. Jest jesień 2014, do mojej narzeczonej dociera informacja, że koleżanki mąż nagle zachorował na białaczkę. Przez Fundację DKMS szybko zostaje zorganizowana masowa rejestracja potencjalnych dawców w rodzinnym mieście chorego. Moja narzeczona wyraziła chęć pomocy podczas rejestracji chętnych osób, która trwała praktycznie cały dzień. Właśnie wtedy zarejestrowałem się, jako dawca, szczerze mówiąc, gdy wybierałem się na rejestrację myślałem tylko o tym, żeby pomóc jej znajomym.

Gdy w grudniu 2014 po świętach Bożego Narodzenia zadzwonił do mnie telefon i okazało się, że dzwonią z fundacji z informacją, że znalazł się chory bliźniak genetyczny i czy chciałbym mu uratować życie, byłem lekko zakłopotany i nie pewny, ale z lekkim stresem zgodziłem się. Wtedy pan Szczepkowski wprowadził mnie we wszystkie szczegóły trwającą ponad 20 min rozmową telefoniczną.

Przez następne dni tak naprawdę zaczęło do mnie docierać, jak wielką rzecz mogę zrobić, uratować życie drugiej osobie. Po wcześniejszych ustaleniach już z panem Łukaszem Rąpałą, wybrałem się na badania wstępne do miejscowości Drezno w Niemczech. We Wrocławiu odebrał mnie tłumacz, już teraz serdeczny kolega Maciek Luchowski. Termin oddania komórek macierzystych został ustalony na 3, 4 luty oraz otrzymałem torbę z zastrzykami oraz lekiem wytwarzającym nadmiar owych komórek.

Parę dni później telefon od pana Łukasza, świetna wiadomość, badania przebiegły pomyślnie. Gdy przyszedł pierwszy dzień przygotowań do oddania, czyli pierwszy zastrzyk, był lekki stres, ale z drugiej strony sobie myślałem, przez co musi przechodzić mój biorca i jego rodzina. Wszystko poszło bardzo dobrze z niewielkim dyskomfortem po braniu leku.

Przyszedł czas wyjazdu do klinki tym razem z narzeczoną. Ponownie kierunek Wrocław, spotkanie z Maciejem i wspólna podróż. W końcu oczekiwany dzień pobrania komórek. Rano, po pysznym śniadanku, gdy ruszyliśmy do kliniki, szczerze mówiąc nie odczuwałem większego stresu, wręcz przeciwnie - odczuwałem bardziej radość z takiej możliwości, że idę ratować życie oddając cząstkę siebie. Moment pobrania komórek macierzystych przebiegł praktycznie bezboleśnie. Jak ktoś jest honorowym dawcą krwi, to może sobie wyobrazić, że proces oddania to praktycznie to samo, tylko że trwający 4 godz. Do tego miła atmosfera personelu medycznego, wiecznie żartujący Maciek, no i wsparcie ukochanej, sprawiło, że 4-5 godz. minęło bardzo szybko.

Następnie podziękowania od lekarzy i czas na odpoczynek. Nie ukrywam, że po oddaniu czułem się zmęczony, ale zarazem odczuwałem satysfakcję i dumę z tego, że mogłem komuś uratować życie. Następnego dnia czułem się dużo lepiej. Z narzeczoną wybraliśmy się na poranny spacer i wtedy zadzwonił pan Łukasz z podziękowaniami i z informacją, na którą czekaliśmy. Trzy informacje na temat biorcy mężczyzna, 28 lat, ze Stanów Zjednoczonych. Podczas tej rozmowy czułem wielką radość i coś, czego tak naprawdę nie da się słowami opisać, to trzeba doświadczyć samemu. Gdy pan Łukasz spytał się czy w razie czego oddał bym jeszcze raz, odpowiedziałem, że oczywiście.

Wtedy sobie przypomniałem, jak zadano mi pierwsze raz te pytanie, jak bardzo się wszystko zmieniło na pozytywną stronę, że pomógłbym teraz bez żadnych wątpliwości, jak takie doświadczenie zmienia człowieka. To po prostu trzeba przeżyć.

Chciałbym podziękować Fundacji DKMS oraz Maćkowi za to, że cały proces przebiegł bez problemowo, w super atmosferze. Dziękuję mojej narzeczonej, że cały czas mnie wspierała i przy mnie była.

Teraz czekam na wieści o moim bliźniaku genetycznym, mam nadzieję, że wszystko poszło dobrze i nie długo zacznie ponownie czerpać z życia całymi garściami.