Michał Ziemek

15 Styczeń 2014

Na imię mam Michał, pochodzę z małej miejscowości na południowym wschodzie województwa lubuskiego. Moja przygoda z Fundacją DKMS nie jest długa, ale za to bardzo miła i jednocześnie cudowna.

Zaczęła się wiosną 2013 roku. W godzinach popołudniowych, mnie oraz moją wspaniałą żonę Magdę, odwiedziła nasza wspólna znajoma. Niestety, nie była to miła wizyta, gdyż znajoma przyszła się najzupełniej w świecie wyżalić, opowiedzieć nam historię z jej życia. Okazało się, że w jej rodzinie zachorowała na białaczkę kilkuletnia dziewczynka i własnie o tej trudnej sprawie, związanej z leczeniem dziecka, chciała z nami porozmawiać.

Podczas jej wizyty przypomniałem sobie, że od dłuzszego czasu w domu posiadam formularz zgłoszeniowy wraz z pałeczkami z DKMS. Leżał w szufladzie komody i jak to zwykło się mówić „nabierał mocy urzędowej”. A tak całkiem poważnie, to przeleżał swoje z uwagi na zmianę adresu zamieszkania. Ale nieważne. Ważne, że akurat w tym momencie, gdy nasza znajoma opowiadała nam historię chorego dziecka, poczułem potrzebę rejestracji. Bez wahania wypełniłem formularz i wraz z pałeczkami wysłałem list do Fundacji. Po jakimś czasie na mailu pojawiła się wiadomość typu „Dziękujemy za rejestrację…”. Przeczytałem ją, jednak nie sądziłem, że za chwilę przeżyję (śmiało mogę to stwierdzić) historię swojego życia.

Pod koniec maja 2013 roku odebrałem telefon z Fundacji DKMS, w którym poinformowano mnie, że najprawdopodobniej znalazł się mój bliźniak genetyczny, który akurat potrzebuje mojej pomocy. Bez zastanowienia potwierdziłem gotowość do przejścia przez całą procedurę.

Od samego początku poczułem wewnętrzną fascynację tym faktem. O telefonie z Fundacji opowiadałem rodzinie, bliskim znajomym oraz współpracownikom, cieszyłem się, że zaistniało prawdopodobieństwo wystąpienia sytuacji, w której będę mógł uratować komuś życie.

Od pierwszego pobrania krwi do telefonu z Fundacji, potwierdzającym zgodność, minęło ok. 1,5 miesiąca. Ucieszyłem się bardzo, gdy zadzwoniła do mnie pani Iwona i powiedziała mi, że klinika biorcy chce, abym to ja został dawcą dla ich pacjenta. Termin badań kwalifikacyjnych został wyznaczony na trzy dni po telefonie, a pobranie komórek macierzystych miało się odbyć po tygodniu, wszystko to związane było z koniecznością dokonania pilnego pobrania, z uwagi na stan zdrowia biorcy. Przed wyjazdem na badania, naszej znajomej zdążyłem podziękować, za to, że przyszła do nas w odpowiednim momencie.

Od tego telefonu moje myśli krążyły już tylko wokół jednego tematu. Zastanawiałem się, jak to będzie (chociaż całą procedurę miałem doskonale opisaną), kto jest po drugiej stronie, czy będę mógł kiedyś poznać biorcę, czy będzie bolało, czy się uda, jak będzie w tej Warszawie…

Dokładnie w tydzień od pobrania ode mnie komórek macierzystych, poznałem odpowiedź na większość z zadawanych sobie wtedy pytań. Było świetnie. W Warszawie spotkałem samych fachowców, panią Kasię oraz doktora Emiliana, ludzi, którzy potrafili stworzyć wspaniałą, miłą, ciepłą, rodzinną atmosferę. Po drugiej stronie jest mężczyzna w wieku zbliżonym do wieku mojego ojca, być może też czyjś ojciec, mąż, brat, dziadek. Jeśli tylko on wyrazi chęć, to będę mógł się z nim spotkać…

Moje pobranie z krwi obwodowej trwało dwa dni, nic nie bolało. Troszkę osłabiony byłem podczas przyjmowania czynnika wzrostu, ale to normalne. Mogłem też zwiedzić Warszawę (towarzyszyła mi ośmio letnia córka Marysia), mogłem poznać wspaniałych ludzi w szpitalu (m.in. chorego pana Jacka, którego pragnę pozdrowić i powiedzieć mu, że trzymam kciuki), ale przede wszystkim mogłem uratować komuś życie.

Przez tydzień odpowiadam na pytania: Jak było? Jak się czujesz? Czy bolało? Wszystkim odpowiadam, że jest super, miła atmosfera, wspaniali ludzie, szczytny cel, nie bolało, zachęcam znajomych do rejestracji. Przede wszystkim jednak mówię o tym, że zmienia się postrzeganie życia i szacunek dla życia, swojego oraz każego innego człowieka, przynajmniej w moim przypadku.

W tym miejscu chcę podziękować za wszelkie wsparcie mojej żonie Magdzie, jak również całej rodzinie oraz przyjaciołom, którzy wiedzieli, jak bardzo ważne były dla mnie ich słowa otuchy, które sprawiały, że zapomniałem o nieprzyjemnościach w pracy, które zafundował mi mój przełożony w związku z całą procedurą ratowania komuś życia. Na szczęście poza nim znaleźli się ludzie, którzy rozumieli powagę sytuacji.

Na zakończenie, życzę sobie, a także wszystkim dawcom oraz biorcom, jak również wszystkim ludziom czytającym tę historię, aby nie zapomnieli, że nie ma na świecie rzeczy cenniejszej niż życie ludzkie i zawsze trzeba o nie walczyć.