Mirosław Skoczylas

24 Październik 2014

Moja historia rozpoczyna się w roku 2011, kiedy miałem 24 lata, a w moim mieście była organizowana akcja umożliwiająca zostanie dawcą komórek macierzystych. Pamiętam, że to właśnie wtedy usłyszałem pierwszy raz o Fundacji DKMS. Jeszcze dokładniej pamiętam, że akcja odbywała się w sobotę. Niby nic, ale okazało się, że wszystko będzie miało miejsce w urzędzie, w którym byłem na stażu. I jak to stażysta, musiałem w sobotę iść do pracy. Pierwsza myśl: „za jakie grzechy?!”.

Nie mając żadnego wyboru stawiłem się w rzeczoną sobotę w pracy i nawet okazałem się pomocny w noszeniu krzeseł do stanowisk poboru krwi. I sam też próbkę krwi nawet oddałem, ale tylko przy okazji, że akurat byłem na miejscu.

Sobota minęła, a życie toczyło się dalej. Zmieniła się praca, pozmieniało się w życiu, po prostu same zmiany, które jak się potem okazało miały dość znaczny wpływ na to, że teraz jestem autorem tej historii. Wszystko toczyło się dalej w swoim tempie, a o całej akcji zapomniałem. Tylko karta dawcy przypominała mi o tym, że kiedyś, coś tam, jakiś DKMS.

Dwa lata po rzeczonej sobocie odebrałem list. Koperta była wypchana, więc pierwsze, co pomyślałem to to, że to jakieś ulotki i broszury do poczytania… i rzeczywiście, było do poczytania. List zawierał prośbę o pilny kontakt w związku z tym, że zostałem wytypowany jako potencjalny dawca. Oczywiście już wiedziałem, że na sto procent to nie będę ja, ale zadzwoniłem. Okazało się, że moje życie tak się pozmieniało przez te dwa lata, że nawet numer telefonu, który podałem w zgłoszeniu też się zmienił i dlatego otrzymałem list.

Nie miałem wątpliwości co do tego, że jestem zdecydowany na wszelkie badania i wyjazdy związane z byciem dawcą oraz chyba najważniejszego - tego, że się nie wycofam. Wypełniłem dokumenty, ankiety i zgłosiłem się na szczegółowe badania krwi. Pozostało tylko czekać na wyniki. Wciąż nie wierzyłem, że to mogę być ja, choć przyznaję, że bardzo się w środku cieszyłem. Ot, taka radość i niedowierzanie. Po otrzymaniu wyników nie mogłem uwierzyć…. jadę do Warszawy! Teraz uwierzyłem bardziej, choć jeszcze kilka weryfikacji mnie czekało. Pobyt w Warszawie wspominam bardzo miło. W tym momencie nie mogę zapomnieć o pozdrowieniach dla Asi i doktora Emiliana i wszystkich pomagających, którzy dosłownie okazali się spoko. Nie bałem się, to była radość i lekkie niedowierzanie. I taki rodzaj satysfakcji, że to ja, bo przecież o takich ludziach słyszy się tylko w telewizji. Właściwie to poczułem się trochę takim pozytywnym bohaterem.

Początkowo byłem trochę zdezorientowany faktem, że muszę robić sobie zastrzyki, po to, żeby namnożyć w sobie odpowiednie komórki, ale po zrobieniu jednego samodzielnie poczułem się prawie jak pielęgniarka z 20 letnim stażem. Potem drugi wyjazd, już jako dawca. I też było ekstra. Wiadomo, że strach przed nieznanym robił swoje, ale załoga, która miała mnie pod opieką pewnie nie jednego takiego widziała i wiedziała jak mi wszystko przystępnie wyjaśnić.

Już niedługo minie rok od kiedy zostałem dawcą, więc zebrałem się do opisania swoich przeżyć. Z wiadomości przekazanych przez Fundację dowiedziałem się, że moja biorczyni (tak, dziewczyna… kobieta, czego dowiedziałem się zaraz po oddaniu komórek) jest w podobnym wieku jak ja, a w miarę upływu czasu nadeszła kolejna, chyba najważniejsza wiadomość o tym, że jej organizm zaakceptował moje komórki i nie nastąpił nawrót choroby.

Chociaż w wirze życia nie zawsze pamiętam o tym, że mam genetyczną bliźniaczkę, to do dziś przypomina mi o tym DKMS’owa pamiątka, puzelek na plecaku i wszystkie maile od Fundacji, które wciąż mam na poczcie i będą ze mną do końca świata, bo taka rzecz zdarza się chyba tylko raz w życiu.

Bardzo pozytywnie wspominam każdy etap działań z ludźmi DKMS’u, których też serdecznie pozdrawiam! A wszystkich czytających zapraszam do rejestracji, której procedury są strasznie proste, a potem w razie uśmiechu losu do niezłomnego postanowienia pomocy komuś, kto jej potrzebuje. To nic nie boli i nie kosztuje.