Monika Kasprzyk

7 Listopad 2014

Moja historia jako dawcy zaczęła się gdy miałam 7 lat.

Poszłam do punktu pobierania krwi i powiedziałam „chcę oddać krew”, na to lekarz uśmiechnął się i powiedział, że gdy będę miała 18 lat, to żebym wtedy spróbowała, bo teraz jest o wiele za wcześnie. Wtedy nie rozumiałam dlaczego odesłał mnie do domu, ale powiedziałam mu na to "jeszcze tu wrócę". Jak powiedziałam tak zrobiłam. Skończyłam 18 lat i wtedy spróbowałam oddać krew, ale niestety nie mogłam z różnych powodów. Mimo wszystko nie poddawałam się i próbowałam kilka razy, ale nic z tego. Zawsze traktowałam to w pewnym stopniu jako swoje marzenie, którego nie potrafiłam spełnić. Pewnego dnia lekarz powiedział mi, że nie będę mogła oddać krwi i że przykro mu. Poszłam do domu i byłam zła sama na siebie, że musi ze mną być coś nie tak. Pamiętam to jak dziś, oglądałam telewizor i zobaczyłam reklamę o chorych dzieciach i wtedy coś we mnie pękło. Od razu weszłam na stronę www.zostandawca.pl i zarejestrowałam się . Mama mówiłam mi, żebym to przemyślała ,bo mam dopiero 18 lat i mogę sobie nie zdawać sprawy z tego wszystkiego, ale mimo to zrobiłam po swojemu. Znajomi mówili „Moni zastanów się, to pewnie boli”, ale zawsze odpowiadałam „mnie może to trochę poboleć i przeżyję ,a ból po stracie najbliższej osoby jest gorszy”.

Pewnego dnia poszłam sobie na spacer z psem, aż tu nagle telefon z DKMS-u, że znaleźli mojego bliźniaka genetycznego i czy nadal chcę pomóc. Bez zastanowienia ze łzami w oczach na wszystko się zgadzałam. Gdy już skończyłam rozmawiać z pracownikiem DKMS-u od razu zaczęłam się zastanawiać „Drezno? a może to jakaś ściema, może wywiozą mnie gdzieś i co wtedy?”. Mimo to zaryzykowałam i poszłam na jedne badania, drugie i pojechałam na ostateczne badania do Drezna. Wtedy już wiedziałam, że nic złego mi się nie stanie. Lekarze, pielęgniarki, tłumacz i cała reszta traktowali mnie jak kogoś wyjątkowego. Nie spodziewałam się, że mogą być tak mili, zapewniali mi idealną opiekę i nie czułam strachu ani stresu. Wreszcie nadszedł decydujący dzień. Z jednej strony nie mogłam się doczekać, a z drugiej bałam się. Rano wstałam, pojechaliśmy do kliniki, usiadłam na fotel, no i zaczęło się. Igły, strzykawki, lekarze, pielęgniarki, kroplówki, itp. Tyle strachu, ale nie było o co, ponieważ miałam tak świetną opiekę ze strony lekarzy, tłumaczy oraz osoby towarzyszącej, że wszystko dobrze zniosłam. Okazało się, że mój bliźniak genetyczny potrzebuje więcej komórek macierzystych i czy zgadzam się na drugi dzień pobierania. Oczywiście zgodziłam się .

Teraz jestem już po pobieraniu i cieszę się, że nie zrezygnowałam wcześniej, nawet jeśli miałam takie myśli czasami, bo wiem, że mogłam dać szansę komuś na zdrowe życie. Wiem już, że jest to 65-cio letni mężczyzna z USA i czekam na każdą informację na temat stanu jego zdrowia. Moim marzeniem teraz jest poznać osobę, której mogłam pomóc, ale oczywiście nie będę naciskała na to, jeśli mój bliźniak genetyczny nie będzie tego chciał. Jeśli mogłabym cofnąć czas i stanąć przed decyzją ?rejestrować się czy nie”, oczywiście zrobiłabym to bez zawahania.

Korzystając z okazji chciałabym serdecznie podziękować wszystkim lekarzom, pielęgniarkom, tłumaczom, pracownikom DKMS-u, przyjaciołom oraz osobie towarzyszącej, dzięki którym dałam sobie z tym wszystkim radę. Jesteście najlepsi.

Również chciałabym zachęcić wszystkich do rejestracji, ponieważ i Ty możesz komuś pomóc. Tak niewiele, a jednak tak wiele.