Patrycja Bujakiewicz

15 Styczeń 2014

Moja historia z DKMS zaczęła się tak jak u wielu innych dawców komórek macierzystych, czyli od dnia dawcy dla chorego na białaczkę, który odbył się niedaleko miejscowości w której mieszkam.

Mniej więcej po trzech latach dowiedziałam się, że jest gdzieś ktoś, kto jest moim bliźniakiem genetycznym, ma białaczkę i potrzebuje mojej pomocy, oczywiście zgodziłam się od razu pomóc tej osobie. Kiedy Pani Anna Jarnicka zadzwoniła do mnie z tą wiadomością, z jednej strony bardzo się ucieszyłam, a z drugiej trzęsłam się jak osika, łamał mi się głos, w głowie kłębiło się tysiące myśli - co teraz, kiedy się odbędzie pobranie, gdzie wtedy będę. I zaczęło się - ankiety medyczne, pobieranie próbek krwi. Z największą niecierpliwością czekałam na wyniki typizacji potwierdzającej, nie zdążyłam nawet pomyśleć, a już byłam w Warszawie na badaniach.

Trzy tygodnie później byłam z powrotem w klinice w Warszawie na pobraniu komórek macierzystych z krwi obwodowej. Lepszej opieki w postaci pielęgniarek i lekarza nie mogłam sobie wyobrazić. Poznałam tam ludzi, którzy przyjechali w tym samym celu co ja, nikt z nas nie zadawał pytań: Po co to robisz? Co będziesz z tego mieć? Ale każde z nas wiedziało jakie to jest ważne i że podarowanie komuś drugiej szansy na życie jest jak gwiazdka z nieba.

Nigdy bym nie pomyślała, że kiedykolwiek znajdzie się osoba, której mogłabym pomóc właśnie w ten sposób, ale tak się stało i gdybym miała to powtórzyć to zrobiłabym to.