Piotr Bera

12 Maj 2014

Maj 2011 r., Wrocław, Stadion Olimpijski. Po niezwykle ciekawym i pełnym dramaturgii meczu The Crew Wrocław pokonują Devils Wrocław 41:34 w ramach Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego (PLFA). Meczu, który przyciągnął na trybuny 1000 widzów i kilkudziesięciu potencjalnych dawców rejestrujących się w trakcie trwającego cztery kwarty spotkania.

I kwarta
W tamtym sezonie Wydział Sędziowski PLFA razem z Fundacją DKMS wytoczył najcięższe działa w walce z białaczką w akcji „Rzuć Flagę Białaczce”. W futbolu amerykańskim sędziowie rzucają żółtą flagę na boisko za każdym razem, gdy któryś z zawodników przekroczy przepisy. A białaczka łamie je regularnie i na pewno nie gra fair play.
Z tego powodu podczas blisko 30 meczów w 25 miastach ochotnicy rejestrowali potencjalnych dawców. Jako wolontariusz Fundacji Dobrze Że Jesteś, która pomaga chorym onkologicznie na oddziałach hematologii w kilku największych miastach w Polsce, nie mogłem przejść obok tej akcji obojętnie.

II kwarta
Nie pozostało mi nic innego jak nawiązać kontakt z Michałem Rosiakiem – ówczesnym sędzią i koordynatorem akcji z ramienia PLFA. Szybko uzgodniliśmy potrzebne szczegóły i po otrzymaniu zgody od organizatorów meczu oraz dyrekcji Fundacji Dobrze Że Jesteś, ruszyliśmy do działania. Traf chciał, że tego samego dnia w kompleksie Stadionu Olimpijskiego odbywały się mistrzostwa Polski w karate. Nasi wolontariusze dotarli również tam, gdzie kopnęli z półobrotu białaczkę.
Zarejestrowaliśmy łącznie kilkadziesiąt osób. Nie pamiętam czy 50, czy 80. Tak czy inaczej osiągnęliśmy sukces, bo już wiemy, że swoje komórki bliźniakowi genetycznemu oddała przynajmniej jedna osoba. To byłem ja.

III kwarta
Kilka lat później otrzymałem telefon. Z jednej strony długo oczekiwany, a z drugiej tak niespodziewany, że rzuciłem w kąt wszystko, co miałem pod ręką. – Panie Piotrze dzwonimy z radosną nowiną. Prawdopodobnie mamy dla pana biorcę. Czy jest pan nadal zainteresowany? – usłyszałem w słuchawce. Nie wahałem się ani chwili, co nie jest takie oczywiste. Rejestrując się jako potencjalni dawcy często nie zastanawiamy się co będzie, jeśli faktycznie ktoś do nas zadzwoni. Przecież znalezienie bliźniaka genetycznego to jak szukanie igły w stogu siana. Przecież do mnie na pewno nie zadzwonią. A jednak. Machina ruszyła. Badania, ankiety, opowieści, szukanie informacji. W końcu wizyta w Warszawie na badaniach i oddanie komórek.

IV kwarta
Było ciężko, ale mecz zakończył się całkowitym zwycięstwem. Oddałem komórki macierzyste, choć potrzebowałem na to dwóch prób, bo moje ciśnienie leciało na łeb na szyję. Niemniej wszystko pozostawało pod kontrolą doktora Emiliana, pani Małgosi, Kasi i innych osób, których imion nie pamiętam. Ale największe słowa uznania należą się mojej narzeczonej Alicji, która ciągle była przy mnie i nawet nie zmrużyła oka w trakcie godzin spędzonych w szpitalu.

A tak naprawdę... to nie było aż tak ciężko. Dni przygotowujące do pobrania minęły szybciej niż się wydaje. A radość po wykonanym zadaniu... tego nie da się opisać.