Piotr Krzystek

3 Listopad 2014

Jestem dawcą. Sama myśl o tym, że być może pomogłem uratować komuś życie jest absolutnie fantastyczna.

Wziąłem udział w akcji w 2012 roku, pamiętam dokładnie, bo było to w Walentynki. Gościliśmy DKMS w Urzędzie Miasta w Szczecinie. Przyszło mnóstwo ludzi. Formularz, ukłucie, plasterek, wszystko trwało 3 minuty. Kilkanaście miesięcy później, otrzymałem telefon: mamy zgodność, czy zostanie Pan dawcą? Nie wahałem się ani minuty. Najpierw przeszedłem kompleksowe badania, bo trzeba mieć absolutną pewność co do zgodności tkanek. Z początku byłem badany w Szczecinie, potem wiązało się to z wizytą w Krakowie. Po tych turach badań otrzymałem zestaw zastrzyków. Aplikowałem je sobie w brzuch na kilka dni przed zabiegiem. Musiałem też bardzo dbać o siebie. Czułem się trochę zmęczony, tak, jakbym był lekko przeziębiony, ale nie było to szczególnie kłopotliwe.

Ostatnia wizyta w Krakowie właściwie była już czystą formalnością. Wspaniali lekarze, sympatyczne i troskliwe panie pielęgniarki, atmosfera była świetna. Pobierano mi komórki macierzyste z krwi, co oznaczało dwa wkłucia w ramiona i kilka godzin z aparaturą u boku.

Niby nic, ale kiedy wracałem do domu towarzyszyło mi dziwne do zdefiniowania uczucie. Jakby coś dodało mi skrzydeł. Właściwie było dla mnie zupełnie oczywiste i naturalne, że komuś pomagam. Często wspieram potrzebujących, biorę udział w akcjach charytatywnych, kiedyś pomogłem kierowcy z wypadku, którego byłem świadkiem, ale dopiero kiedy wracałem do domu z Krakowa, po pobraniu komórek macierzystych zdałem sobie sprawę, że chyba nigdy bezpośrednio nie ratowałem komuś życia.

I to było w tym wszystkim najpiękniejsze. Właśnie tego uczucia z całego serca Państwu życzę.