Piotr Wyroba

5 Marzec 2015

Nazywam się Piotr Wyroba i na początku lutego 2015 miałem tę przyjemność, aby podzielić się z kimś tym, co najcenniejsze i mieć możliwość uratowania komuś życia.

Cała moja historia z Fundacją DKMS rozpoczęła się, gdy zacząłem spotykać się z moją dziewczyną Ewą (teraz już narzeczoną) cztery lata temu. Opowiedziała mi o tym, iż jest w ogóle coś takiego jak Fundacja DKMS i czym dokładnie się zajmuje. Już wtedy Ewa należała do Fndacji, więc postanowiłem się zapisać, ale jak to w praktyce bywa, zajęło mi to dużo czasu. Ciągle sobie obiecywałem, że się wybiorę, ale jak wiadomo czasu nigdy nie było. Można powiedzieć, że w moim przypadku to góra przyszła do Mahometa, gdyż pewnego dnia można było rejestrować się na wydziale, na którym studiuję i na którym wtedy bywałem codziennie. Krótki wywiad lekarski, pobranie wymazu z policzków i później oczekiwanie na kartę dawcy. Po około 6 tygodniach doczekałem się i już wtedy myślałem sobie, że zrobiłem coś wielkiego.

Minęło dosłownie 6 miesięcy i otrzymałem telefon z Fundacji, iż pojawił się potencjalny biorca. Najpierw niedowierzanie, ale z czasem zacząłem się zastanawiać, że to niemożliwe, bo dopiero od kilku miesięcy jestem zarejestrowany. Pojechałem do przychodni na wstępny pobór krwi i pod koniec ubiegłego roku dostałem maila, że kwalifikuję się jako potencjalny dawca, lecz zostaję zarezerwowany dla pacjenta na dwa miesiące. Pojawiła się radość i ogromny szok, że to właśnie ja mogę komuś uratować życie. Po upływie kilku tygodni i wyczekiwaniu na jakąkolwiek informację otrzymałem kolejny telefon z Fundacji, ze szczegółowymi informacjami: kiedy, gdzie i w jaki sposób zostanie pobrany szpik. Wtedy tylko się modliłem, żebym był zdrowy i żeby ze mną było wszystko w porządku, gdyż czekały mnie jeszcze szczegółowe badania już w klinice pobrania.

Badania przeszedłem bez problemów, więc pozostało mi tylko stawić się w klinice w wyznaczonym dniu, aby zarejestrować się na oddział, gdyż metoda poboru z talerza kości biodrowej wymagała trzydniowej hospitalizacji.

Pobyt w klinice wspominam bardzo miło. Doskonała opieka, pacjenci, z którymi miałem kontakt uśmiechnięci bez jakiegokolwiek użalania się nad sobą, a wiadomo, jakie choroby ich nękają. Dopiero tam dotarło do mnie, co niesamowitego mogę zrobić dla drugiego człowieka. Sam zabieg dla mnie trwał jak mrugnięcie okiem, gdyż byłem w całkowitej narkozie. Po wybudzeniu czułem tylko lekki ból pleców i ogromną satysfakcję z tego co zrobiłem.

Chciałbym zachęcić każdego do zapisania się jako potencjalny dawca, gdyż to naprawdę nic was nie kosztuje, a możecie uratować czyjeś życie. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak żyć w nadziei, iż mój genetyczny bliźniak jak najszybciej wyzdrowieje.

Chciałbym podziękować Fundacji DKMS, która nad wszystkim czuwała, wszystkim tym, którzy zajmowali się mną w klinice oraz oczywiście mojej kochanej Ewie dzięki, której to wszystko się zaczęło.