Robert Krawczyński

6 Sierpień 2014

Postanowiłem opowiedzieć moją historię ze względu na panujące w naszym społeczeństwie niedoinformowanie, niechęć, a zwłaszcza strach przed pobraniem komórek macierzystych. Osobiście spotkałem się z takim zjawiskiem.

Mój pierwszy kontakt z Fundacją DKMS miał miejsce pod koniec lipca 2013 roku w Świnoujściu, byłem tam z rodziną na urlopie. Poszliśmy na wieczór autorski Pana Jerzego Stuhra, po drodze minęliśmy stanowisko DKMS, jedno z wielu wystawionych tego dnia. Pierwsza zatrzymała się moja żona Jola, może dlatego, że sama kiedyś miała problemy zdrowotne? Powiedziała „może się zapiszemy?” Nasze zastanowienie zauważył Pan z fundacji i nas zaprosił do stolika, zaczął wyjaśniać co i jak. Przekonał nas.

Życie potoczyło się dalej, wróciliśmy do „normalności”, praca, dom i codzienne obowiązki. W sobotę 5 kwietnia 2014 roku o godzinie 15.57 zadzwonił telefon, kierunkowy z Warszawy, kto to może być? To Pan Marcin Szczepkowski z Fundacji DKMS, informacja, jaką mi przekazał o mało nie zwaliła mnie z nóg „został Pan wybrany jako zgodny z konkretnym pacjentem chorym na białaczkę” - powiedział, no i zaczęło się.

Pierwsze pobranie krwi w Legnicy, gdzie obecnie mieszkam, potem informacja, że wszystko jest ok i idzie w dobrym kierunku. Pani Małgosia Klein, to ona od tej chwili była koordynatorką, podała datę kolejnych badań i pobrania komórek macierzystych, już w Dreźnie. Pani Małgosia odpowiedziała na wszystkie moje pytania, poinformowała mnie o formie badań, o klinice i hotelu, w których będę oraz o przebiegu przeszczepu.

Nadszedł ten dzień - 21 lipca 2014, godzina 8 rano, jestem w klinice w Dreźnie, razem ze mną Maciej Luchowski, tłumacz, kierowca, przewodnik, w ogóle mój „Guru” w jednej osobie. Siadam na fotelu, Maciej tłumaczy wszystko co będą robić, jestem lekko spięty, ale to chyba normalne, dla rozluźnienia atmosfery opowiada mi dwa kawały, nie zauważam nawet kiedy „maszyna ruszyła” i rozpoczął się zabieg. Opieka medyczna, jaką mnie tam otoczono super, podziękowania dla personelu i Pani doktor, nie dano mi odczuć, że jestem w klinice. Cały zabieg trwał około 4 godzin, nawet nie wiem, kiedy minął ten czas, około 12 poinformowano mnie, że wszystko poszło znakomicie, dostałem dyplom, zjedliśmy obiad i do hotelu.

Wieczorem telefon od Pani Małgosi, jak miło znów usłyszeć jej anielski głos, pytanie o samopoczucie, gratulacje i informacja o biorcy. Moje komórki macierzyste poleciały „za wielką wodę”, czyli do Stanów Zjednoczonych dla 62-letniej kobiety, ale informacja! To, co w tej chwili czułem, jest nie do opisania, poczułem się jak ktoś wyjątkowy, jednak nie to jest w tej historii najważniejsze.

Biorcy są najważniejsi, to oni muszą zmagać się ze śmiertelną chorobą, oni walczą każdego dnia i czekają na wiadomość o potencjalnym dawcy.

Szanse na zwycięstwo z chorobą są większe im jest nas więcej, nas dawców. Dla nas to tylko kilka godzin spędzonych na badaniach i samym przeszczepie, do końca życia radość i satysfakcja ze zrobienia dobrego uczynku, szacunek wśród bliskich i znajomych, dla nich walka o przetrwanie każdego dnia i szansa na zdrowie, na drugie życie. Jeden z moich znajomych, gdy dowiedział się, że zostałem dawcą porównał to do wygrania w toto lotka, odpowiedziałem że to nie ja wygrałem, zwycięzcą jest ktoś inny, moją zgodą na zostanie dawcą skreśliłem tylko jedną z cyfr.

Za kilkanaście dni mam 45 lat, poprosiłem panią Małgosię, żeby do mnie zadzwoniła z informacją, że wszystko się udało i dzięki mojej pomocy ta Pani wróci do zdrowia, to będzie najlepszy prezent urodzinowy jaki w życiu dostałem.

Na koniec chciałem podziękować wszystkim, którzy pomogli mi przez to przejść, Pani Małgosi Klein, Maciejowi Luchowskiemu i jego tacie Henrykowi, personelowi kliniki w Dreźnie, a zwłaszcza mojej żonie Joli i synkowi Maksymilianowi, którzy podtrzymywali mnie na duch cały czas. Czekam teraz na dobre wieści, a coś mi mówi, że takie będą.