Sylwia Konieczna

30 Czerwiec 2014

Z Fundacją DKMS powiązała mnie miłość, MIŁOŚĆ DO ŻYCIA. W pełni świadoma zamówiłam pakiet rejestracyjny w lutym 2013, w grudniu otrzymałam kartę dawcy, a wielki wybuch nastąpił 30 marca 2014, prawie jak trzęsienie ziemi, ale nie straciłam gruntu pod nogami.

Trzęsące się ręce, łzy w oczach - to tylko radość, że mogę komuś pomóc.

Minęło już parę tygodni od dnia przeszczepu, ale cały czas pozytywne emocje we mnie tkwią. Pamiętam, gdy jeden telefon zmienił kilka kolejnych tygodni, a 4 godziny na jednym fotelu zmieniły moje spojrzenie na świat i mam ogromną wiarę w sobie, że również życie Biorcy.

Telefon - myślę sobie jakiś telemarketing... przeczytałam maila - to DKMS. Czym prędzej oddzwoniłam, padło pytanie "Czy nadal podtrzymuję swoją chęć pomocy”. Odpowiedź była tylko jedna: TAK. I tak pobranie krwi do typizacji, oczekiwanie na zgodność (które mnie zjadało wewnętrznie), tym większa była radość, gdy się okazało, że ona jest. Po kilkunastu dniach byłam już w Dreźnie, gdzie poddano mnie badaniom oraz pobrano krew do szczegółowej analizy. Myśl, że już niebawem będę mogła pomóc, działała jak narkotyk - z każdym dniem czułam się coraz bardziej uzależniona radością, szczęściem i ciepłem.

Po kolejnych dwóch tygodniach, siedziałam już na TYM FOTELU podłączona do separatora komórek macierzystych i oddawałam cząstkę siebie w towarzystwie mojej przyjaciółki Asi, która cały czas dzielnie dotrzymywała mi towarzystwa, za co serdecznie dziękuję. Chociaż panicznie bałam się igieł, powiedziałam sobie, że nie ma szansy, żebym zrezygnowała. Dziękuję Biorcy, dzięki Niemu pękła kolejna bariera w moim życiu. Dziękuję fantastycznym osobom, które poznałam: Hani, za którą trzymam kciuki, Panu Henrykowi i Maćkowi, całej załodze oddziału transplantacyjnego, którzy z uśmiechem przełamali mój lęk przed nieznanym. W klinice pobrania otrzymałam Dyplom, który znaczy dla mnie bardzo dużo i zajmuje honorowe miejsce na ścianie mojego pokoju.

Po powrocie do hotelu, odpoczywałam i zastanawiałam się, kto jest Biorcą, dlaczego choroba dotyka kogokolwiek. Myślałam, skoro choroba nie gra czysto, my też ją oszukajmy. Pomóżmy przeskoczyć kłody, które rzuca nam pod nogi, ale do tego potrzeba siły i wiary ludzi! Życzę każdemu, żeby poczuł się tak cudownie jak ja, gdy dowiedziałam się, że pomogłam mężczyźnie w połowie drogi jego życia - czyjemuś bratu, ojcu, mężowi, wujkowi może i dziadkowi, a przede wszystkim dla mnie rówieśnikowi moich rodziców. Nie zniosłabym straty - nie pozwólmy komukolwiek jej przeżywać! To jest moja siła! Zrobiłam co mogłam – PRZESKOCZYLIŚMY.

Każdy ma wątpliwości, moje zostały rozwiane i chętnie opowiem wszystkim i każdemu z osobna moją historię. W każdym razie poproszona raz jeszcze bez wahania usiądę na TYM FOTELU.

Jeszcze kilkadziesiąt dni zanim zapytam o stan zdrowia Biorcy, ale trzymam kciuki i wierzę, że przeszczep się przyjmie - wówczas wydobędę z siebie donośny głos i powiem: "Veni, Vidi, Vici" (Juliusz Cezar)

Warto pamiętać, że nie trzeba zbyt wiele dla tak wielkiej rzeczy.

Moja historia nie zabiera dużo czasu, prawie tyle samo co danie komuś szansy na życie - bezcenne!