Weronika Piątkowska

21 Lipiec 2015

Nie pamiętam co dokładnie skłoniło mnie do zarejestrowania się w Fundacji w 2012 roku, ale od dawna miałam przeczucie, że muszę zrobić coś ważnego…

Kilka dni przed Wielkanocą odebrałam telefon z Fundacji z pytaniem „Czy nadal podtrzymuję gotowość zostania dawcą komórek macierzystych?". Oczywiście odpowiedziałam "Tak".

Po świętach oddałam krew w najbliższej przychodni, aby potwierdzić zgodności genetyczną z pacjentem. Pielęgniarki w przychodni gratulowały mi podjęcia takiej decyzji, a ja czułam się niezręcznie, bo przecież nie zrobiłam nic nadzwyczajnego. Kilkanaście dni później dostałam wiadomość z Fundacji – nie otworzyłam jej od razu bo byłam pewna, że skoro wyniki przyszły mailowo, to pewnie zgodność nie została potwierdzona. Kilka dni później dostałam telefon od Fundacji z potwierdzeniem, że zakwalifikowałam się jako dawca i mogę oddać szpik. Radość, że mogę oddać cząstkę siebie, by dać nadzieję innej osobie na nowe, zdrowe życie, była nie do opisania.

Kolejnym krokiem były badania w klinice, których obawiałam się znacznie bardziej niż samego pobrania. Bałam się, że przez jakąś dolegliwość mogę zostać wykluczona i rozczaruję chorego pacjenta. Całe szczęście wszystko poszło bardzo sprawnie, a wyniki były zaskakująco dobre. Od pracowników Fundacji dowiedziałam się w szczegółach o całej procedurze pobrań i nie miałam już żadnych obaw ani wątpliwości. W moim przypadku komórki krwiotwórcze miały być pobrane z krwi obwodowej.

Zastrzyki z czynnikiem wzrostu przed pobraniem robił mi mąż, który często powtarzał, że rejestracja w bazie dawców powinna być obowiązkiem każdego człowieka. Po zastrzykach czułam się trochę gorzej niż podczas grypy czy przeziębienia, ale nie mogłam się już doczekać dnia pobrania. I wreszcie nadszedł.

Komórki macierzyste oddawałam na początku czerwca. Pierwszego dnia pobrania spędziłam 4 godziny na fotelu. Zniosłam to dość ciężko, bo moje żyły przestraszyły się igieł, ale nie wyobrażam sobie lepszego prezentu, który mogłam ofiarować drugiej osobie niż szansa na nowe zdrowie. Zaraz po drugim dniu zabiegu zadzwoniła Pani Barbara z pytaniem jak się czuję i czy chcę wiedzieć, kto jest biorcą. Oczywiście chciałam! Okazało się, że moim „bliźniakiem genetycznym” jest 11 letni chłopiec mieszkający w Rosji. Trzymam teraz kciuki za niego i jego rodzinę. Mam nadzieję, że udało mi się mu pomóc.

Dziękuję wszystkim z Fundacji DKMS, całemu personelowi w Instytucie Hematologii w Warszawie, mojemu mężowi za wsparcie i całej rodzinie, dla której zostałam ich prywatną bohaterką.

Na przedramionach zostały mi małe blizny, które do końca życia będą mi przypominać, że wystarczy tak mało, żeby dać szansę drugiej osobie na nowe życie. Dlatego zachęcam wszystkich do rejestracji. Spełnijcie swój człowieczy obowiązek. Może właśnie gdzieś na świecie jest Wasz „genetyczny bliźniak”, który potrzebuje Waszej pomocy?