Weronika Szczap

14 Sierpień 2014

„Człowiek jest wielki nie przez to, co ma, nie przez to, kim jest, lecz przez to, czym dzieli się z innymi”.
Jan Paweł II

Moja historia nie jest ani niezwykła, ani wyjątkowa. Przygoda z Fundacją DKMS rozpoczęła się bardzo niepozornie. Zamówiłam sobie bransoletkę firmy Lilou, która miała mały złoty puzzelek. Miał wygrawerowany napis DKMS, jednak nic mi to nie mówiło. Myślałam, że to jakiś zwyczajny puzelek, jednak okazało się, że to był brakujący element mojego życia, który z perspektywy czasu okazuje się najważniejszym.

Pewnego razu kuzynka mojego narzeczonego zapytała mnie czy jestem dawcą szpiku. Zaskoczyło mnie to pytanie, więc zapytałam skąd takie przypuszczenie. Wówczas dowiedziałam się, co oznacza ten mały złoty puzzelek. Okazuje się, że ludzie mają swoich bliźniaków genetycznych, a puzzelek oznacza takie połącznie dwojga ludzi. Zaczęłam czytać na ten temat, na temat Fundacji i postanowiłam zarejestrować się w bazie. Było to dwa lata temu, zimą. Zarejestrowałam się na stronie, po czym dostałam pocztą pakiet rejestracyjny. Oczywiście zrobiłam to, co każdy rejestrując się jako potencjalny dawca komórek macierzystych. Wypełniony pakiet i „pałeczki” odesłałam do Fundacji. Po jakimś krótkim czasie dostałam kartę dawcy, którą dumnie noszę zawsze przy sobie w portfelu. W pełni świadoma swojej decyzji, i zadowolona z deklaracji, jaką złożyłam… czekałam. Trochę nie dowierzając w to, że to ja właśnie będę mogła komuś pomóc. Byłam jak mała kropla w morzu dawców oczekujących na możliwość okazania pomocy.

Dokładnie 10 kwietnia zadzwonił telefon. Nieznany numer, a w mojej głowie myśl „na pewno natrętna osoba z infolinii.. no dobra odbieram telefon, bo będzie dzwonił i dzwonił”. Na szczęście pomyliłam się. W słuchawce usłyszałam spokojny głos, który zapytał „czy nadal podtrzymuję swoją decyzję zastania dawcą szpiku” Byłam zaskoczona, z wrażenia usiadłam. Bez zastanowienia moja odpowiedź brzmiała oczywiście TAK. Nie mogłabym zrezygnować z szansy podarowania komuś nowego, zdrowego życia. Pan, z którym rozmawiałam, dokładnie przedstawił mi jak wygląda cała procedura i metody pobrania. Następnie zostałam umówiona na oddanie krwi w swojej przychodni lekarskiej, aby dokładnie zbadać zgodność tkankową moją i biorcy. Po oddaniu krwi kolejny czas oczekiwania. Około miesiąc (połowa maja) po oddaniu krwi dostałam wiadomość „Wynik jest pozytywny, kwalifikuje się Pani jako potencjalny dawca komórek macierzystych dla konkretnego pacjenta” i dodatkowa informacja, że niestety, ale muszą przedłużyć moją rezerwację dla pacjenta o kolejny miesiąc, ponieważ stan zdrowia chorych bardzo szybko się zmienia i niestety lekarze nie ustalili, kiedy będzie potrzebny przeszczep. Musiałam czekać, a tak bardzo chciałam już pomóc. Dużo czasu nie minęło, początek czerwca telefon z Fundacji, z pytaniem czy nadal jestem gotowa i że zostały ustalone wstępne terminy badań i pobrania. Moja koordynatorka, Pani Małgorzata Klein (świetna, życzliwa osoba), poinformowała mnie, że badania i pobranie odbędzie się w klinice w Gliwicach, a metodą pobrania będzie pobór z talerza kości biodrowej.

W pierwszej chwili poczułam lęk ponieważ jestem zdrową osobą, nigdy nie leżałam w szpitalu ani nie miałam narkozy, a metoda ta z tym się wiąże. Po chwili rozmowy wiedziałam, że wszystko jest bardzo bezpieczne i nic mi nie grozi. Już po 2 tygodniach stawiłam się na badania wstępne. Przebadali mnie z każdej strony. Na koniec jeszcze rozmowa z wybitnym profesorem i decyzja, że bez problemu mogę być dawcą.

2 lipca wcześnie rano odbyło się pobranie, nic nie czułam, ponieważ słodko spałam.. Będąc już na sali na oddziale przyszła do mnie lekarz prowadząca i powiedziała, że wszystko poszło bardzo dobrze, że są bardzo zadowoleni. (Personel kliniki naprawdę super). Poczułam radość i dumę, tym bardziej, że czułam się bardzo dobrze i już po kilku godzinach wstałam, aby porozmawiać z moim narzeczonym, który bardzo się martwił i był cały czas przy mnie.

W godzinach wieczornych zadzwonił telefon z Fundacji, na który czekałam z niecierpliwością. Pani Małgorzata swoim ciepłym głosem zapytała: jak się czuję i czy chciałabym wiedzieć, gdzie pojechał mój szpik. Mój szpik miał przed sobą długą drogę, poleciał do Turcji do małego 3 letniego chłopca. Łzy stanęły mi w oczach, gdy to usłyszałam, dzięki mnie życie małego chłopca się odmieni, czułam się cudownie. Ja poświęciłam tylko kilka dni z mojego życia, a On dzięki temu będzie miał całe życie przed sobą. Chciałabym bardzo zachęcić wszystkich oby zarejestrowali się jako potencjalni dawcy szpiku, ponieważ to nic nie kosztuje (Fundacja zajmuję się wszystkim), metody są całkowicie bezpieczne.

Nic nie tracisz, a zyskujesz bardzo wiele. Spraw, aby twoje życie i biorcy nabrało sensu. Daj szansę swojemu bliźniakowi genetycznemu na zdrowe i szczęśliwe życie.