Daniel Starejki

23 Listopad 2015

Nigdy nie wiesz, kiedy podarujesz cząstkę siebie.

Pewnie jak u większości dawców, moja historia z Fundacją DKMS zaczęła się przypadkowo. Podczas niedzielnego spaceru z żoną i synkiem po rynku mojego miasta natknęliśmy się na jakieś kolorowe namioty, trwała tam akcja fundacji ‘’Czas Nadziei’’, która współpracuje z Fundacją DKMS. Podszedłem do tego namiotu, były tam pobierane wymazy z wewnętrznej części policzka, więc usiadłem i powiedziałem, że też chętnie zarejestruje się w bazie dawców, trwało to dosłownie 3 minuty!!! Gdy odchodziłem od stolika, zaczepił mnie pewien Pan i dał mi książkę, jak się później okazało był to autor książki „Czas Nadziei” i tata Tobiasza, który zmarł na białaczkę. Gdy przeczytałem książkę, dopiero wtedy zrozumiałem, co to jest za choroba. Przytoczę parę zdań taty Tobiasza, który spowodował, że będę gotów pomóc jak przyjdzie taki moment w moim życiu.

"Zacząłem myśleć o fundacji już dawno. W szpitalu. Podczas długich wieczorów, w izolatce, kiedy Tobiaszek zasnął… Kiedy doświadczyłem ogromu pozytywnej energii i niekończących się pokładów dobra jakie spływały do nas od setek ludzi. Czytając kolejne świadectwa ludzkich dramatów, jakie znajdowałem na moim mailu… wreszcie dotykając bezpośrednio historii dziesiątek rodzin chorujących dzieci, z którymi spotykałem się w klinice przez wiele miesięcy…

Śmierć Tobiasza przekreśliła wszystko. Byłem pewien, że nie damy rady.

Momentem przełomowym była wiadomość, że jedna z osób, która się zarejestrowała podczas Dnia Dawcy szpiku dla Tobiaszka, który odbywał się jesienią 2011 roku w Sanoku, została Dawcą dla kogoś innego. Uratowała ludzkie życie! Kiedy się o tym dowiedziałem nie mogłem spać. Ciągle myślałem…

Nie! Nie ma sensu w śmierci mojego synka. Nic i nikt mi nie wytłumaczy i nie przekona, że to stało się po coś! Absolutnie nie o to chodzi. Do końca moich dni będę opłakiwał jego śmierć. Nic nie zagoi rany w sercu, nie ukoi matczynej i ojcowskiej tęsknoty za ukochanym skarbem…

Jednak odkryłem w sobie nieśmiertelną potrzebę dzielenia się Miłością. Nie mogę nie czynić nic, gdy tak wielu ludzi potrzebuje pomocy, gdy chorują dzieci, kiedy cierpienie odbiera radość życia, a strach zabija nadzieję… Myśl o fundacji wróciła.

Zorganizowaliśmy w Sanoku w październiku 2012 r. Dzień Dawcy Szpiku. Znów zarejestrowało się kilkaset osób. Przyszli jednak także Ci, którzy zostali potencjalnymi Dawcami podczas wcześniejszego Dnia Dawcy dla Tobiaszka. Poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi. Znów dzieliliśmy się historią naszej walki, opowiadając o miłości do życia małego Bohatera…

Tak się zaprzyjaźniliśmy. Wokół tajemniczej mocy Tobiaszka zebrała się grupa osób, którzy myślą i czują podobnie jak ja…"

Trzy lata później w lipcu przyszedł list z Fundacji DKMS z zapytaniem, czy jestem gotów pomóc. Przeczytałem list, po czym niezwłocznie zadzwoniłem na podany numer. Nie miałem wątpliwości - zgadzam się na wszystko, chcę pomóc!

Rozpoczęły się wszystkie procedury trwające kilka miesięcy. Pierwsze badania krwi odbyły się w moim mieście. Dwa miesiące później pojechałem do Krakowa na kolejne badania krwi, USG, EKG RTG. Kilka dni przed samym oddawaniem komórek macierzystych przyjmowałem czynnik wzrostu w postaci serii zastrzyków w brzuch ( nie boli!!!). Po dwóch tygodniach znów się melduje w Krakowie.

Wreszcie nadszedł ten najważniejszy dzień oddawania komórek macierzystych mojemu bliźniakowi genetycznemu. W szpitalu zostałem miło przyjęty. Leżę na wygodnym fotelu, w lewej ręce igła, w prawej igła i tak w bezruchu, nic nie boli. Po sali chodzą dwie przesympatyczne pielęgniarki i pan doktor - kierownik tego zespołu, co chwile zaglądają na monitor komputera czy wszystko w porządku. Naprzeciwko siedzi moja żona, po lewej stronie, na identycznym fotelu, leży Dawid, również dawca komórek. Żona Monika karmi nas czekoladą jak małe dzieci i podaje od czasu do czasu wodę do picia. Cała procedura trwała nie więcej niż 7 godzin. Dowiedziałem się, że ilość komórek jest niewystarczająca, więc stawiam się też na drugi dzień oczywiście z Dawidem, bo u niego jest taka sama sytuacja. Dzisiaj trochę krócej tylko 5 godzin i się udało uzyskać tyle komórek, co potrzeba było. I po wszystkim, w ciągu kilkudziesięciu godzin moje komórki trafią do osoby, dla której jest to jedyne lekarstwo, aby ŻYĆ!!!

Kochani, proszę Was, przede wszystkim nie bójcie się i rejestrujcie się jako potencjalni dawcy! Liczne mity, które krążą wśród społeczeństwa, a dotyczą pobrania komórek macierzystych, można włożyć między bajki. Natomiast uczucie, które towarzyszy dawcy, w dniu, kiedy oddaje się cząstkę siebie, nie można porównać z niczym. To naprawdę niesamowite chwile. Nigdy nie spodziewałem się, że tak małym gestem i tak niewielkim kosztem będę mógł spróbować uratować czyjeś życie.