Jakub Gordon

9 Listopad 2015

Nidy nie wiesz, kiedy nadejdzie Twój czas.

Jak u większości dawców, moja historia z fundacją i pobraniem komórek zaczęła się dość niewinnie. Podczas charytatywnej akcji, można było zrobić coś więcej, niż wspomóc kogoś finansowo. Jako że byłem wtedy jeszcze na garnuszku rodziców, postanowiłem wybrać inny sposób pomocy - wybrałem stoisko DKMSu. Po kilku tygodniach otrzymałem kartę potencjalnego dawcy, wsadziłem ją do portfela i tak mijały dni, miesiące, lata. Dokładnie jakieś 5 lat. Pięć długich lat! W międzyczasie zmieniłem kilka razy wspomniany wyżej potfel, cztery razy numer telefonu, ożeniłem się, wydarzyło się bardzo dużo zarówno dobrych, jak i złych rzeczy. O jednej jednak rzeczy zapomniałem na śmierć....o poinformowaniu DKMS o zmianie danych teleadresowych....!

W maju tego roku, otrzymałem telefon, że na adres domu, w którym kiedyś mieszkałem, przyszedł list z jakiejś fundacji, że to chyba coś ważnego. Kiedy zobaczyłem kopertę z logo DKMS od razu przypomniałem sobie o sfatygowanej, nadgryzionej zębem czasu karcie, którą przekładałem z przyzwyczajenia, bez zastanowienia i refleksji, ze starego do nowego porfela. Przeczytałem list, po czym niezwłocznie zadzwoniłem na podany numer. Nie miałem wątpliowści - zgadzam się na wszystko, chcę pomóc!

Wszystko, co wydarzyło się później, aż do momentu pobrania komórek macierzystych, pamiętam jak przez mgłę....pierwsze pobranie krwi, dość obszerną ankietę medyczną (tak, tak, kochani, fundacja dba również o Wasze zdrowie), badania, na które pojechałem do Warszawy, przyjmowanie czynnika wzrostu (seria zastrzyków miniaturkową igiełką). Widziałem to wszystko jak przez mgłę, bo byłem w szoku. Szoku, że mogę uratować czyjeś życie.

No i jestem. Leżę na wygodnym fotelu, w jednej ręce igła, w drugiej igła, kilka godzin w bezruchu, nic nie boli. Po sali biega przesympatyczna pielęgniarka Kasia, po prawej stronie siedzi moja żona, rozmawiamy o tym, gdzie wybierzemy się w najbliższe wakacje. Po lewej stronie, na identycznym fotelu leży Łukasz, również dawca komórek. Prześcigamy się z Łukaszem, kto w określonym czasie odda więcej komórek :). Luz do tego stopnia, iż w pewnym momencie zapomniałem po co tu jestem. Cała procedura trwała nie więcej niż 5 godzin. Kilkadziesiąt minut "po" dowiedziałem się, że ilość komórek jest wystarczająca, nie muszę się stawiać w szpitalu na następny dzień. Chwila moment i po wszystkim, w ciągu kilkudziesięciu godzin moje komórki trafią do osoby, dla której jest to być może jedyny lek. Szok, prawda?

Ludzie, proszę Was, przede wszystkim nie bójcie się i rejestrujcie się jako potencjalni dawcy! Liczne mity, które krążą wśród społeczeństwa, a dotyczą pobrania komórek macierzystych, można włożyć między bajki. Natomiast uczucie, które towarzyszy dawcy, w dniu kiedy oddaje się cząstkę siebie, nie można porównać z niczym. To naprawdę niesamowite chwile. Nigdy nie spodziewałem się, że tak małym gestem i tak niewielkim kosztem będę mógł spróbować uratować czyjeś życie.