Karolina Wawer

23 Listopad 2015

Pod koniec maja zadzwonił do mnie nieznany numer. Odebrałam myśląc, że to prawdopodobnie pomyłka. Dowiedziałam się już na początku rozmowy, że jest pewna osoba, która potrzebuje mojej pomocy. Cała zaczęłam się trząść, tej chwili nie da się opisać. Wszystkie emocje skumulowały się we mnie. Rozpłakałam się. Pozostałą część rozmowy pamiętam jak przez mgłę. W tym momencie mój genetyczny bliźniak stał się dla mnie najważniejszy. Długo po rozmowie nie potrafiłam się uspokoić.

Wstępne badania krwi miałam tydzień po rozmowie. Potem nastąpiło czekanie. Codziennie czekałam na telefon, na maila. Nie wiedziałam, ile cały proces może trwać. Po pewnym czasie dostałam informację, że lekarze potrzebują więcej czasu na ustabilizowanie pacjenta. To mnie bardzo zmartwiło.

W połowie sierpnia dostałam kolejny telefon. Poczułam ulgę, skoro zadzwonili to jest jeszcze dla niego szansa. Później wszystko potoczyło się szybko. Kolejne badania sprawdzające mój stan zdrowia przeszłam bardzo dobrze. Następnie przyszedł czas na ten wyjątkowy dzień - pobranie komórek macierzystych od dawcy. Niczego się nie bałam. Byłam w dobrych rękach.

Proces oddawania komórek trwał około 4 godziny. Przez ten czas dawca jest cały czas podłączony do maszyny, która pompuje krew, oddziela od niej komórki i krew z powrotem wraca do organizmu. Cały zabieg można porównać do zabiegu oddawania krwi, chociaż wydaj mi się, że nawet oddając krew czułam się słabiej niż po oddaniu komórek. Wszystko odbyło się bezboleśnie.

W tym samym dniu, kiedy oddałam część siebie dostałam telefon z fundacji, poznałam płeć, wiek i pochodzenie mojego bliźniaka. Jestem szczęśliwa, że mogłam komuś pomóc. Obecnie czekam na informację o stanie zdrowia biorcy.

Zachęcam wszystkim ludzi do rejestrowania się jako potencjalny dawca. Świadomość, że możesz komuś uratować życie jest bezcenna!