Paweł Osochocki

25 Wrzesień 2015

Nad tym, aby zostać potencjalnym dawcą, nie myślałem długo. Jak co roku podczas festynu z okazji Dnia Dziecka w moim mieście pojawiło się stanowisko Fundacji DKMS i bez chwili zastanowienia poszedłem zarejestrować się w bazie.

Po kilku miesiącach przyszła odpowiedzieć o pozytywnej weryfikacji i mijały miesiące (a może i lata), aż tu nagle telefon z informacją o wytypowaniu mnie jako potencjalnego dawcy, potem badania krwi i pozytywna odpowiedź, która trafiła do mnie dość szybko. Niestety, była to tylko informacja o tym, że wszystko się zgadza i teraz mam czekać.

Pewnego czerwcowego dnia nagle wszystko potoczyło się bardzo szybko, termin badań w Warszawie, pobranie szpiku z talerza kości biodrowej. Był to moment kiedy poczułem się bardzo dumny i szczęśliwy z tego, że mogę naprawdę komuś pomóc. Podczas procedury wyniknęły pewne komplikacje, gdyż okazało się, że pacjent zachorował na zapalenie płuc i wszystko się przesunęło.

Nadszedł ten dzień kiedy wyruszyłem na badania do Warszawy. Na moje szczęście i na pewno ku radości biorcy, w końcu została podjęta słuszna decyzja i ostatecznie zostałem zakwalifikowany jako dawca.

Później wszystko poszło już z górki. Przyznam, że było trochę stresu związanego z pobraniem, a szczególnie z poddaniem się narkozie, co okazało się niepotrzebne i zbyteczne. Z takim personelem na sali to mógłbym co miesiąc oddawać szpik, wszyscy byli bardzo mili i sympatyczni, jestem do chwili obecnej pod dużym wrażeniem ich profesjonalizmu.

Natomiast już teraz wiem komu pomogłem, kim jest biorca. Mam nadzieję i jestem szczerze o tym przekonany, że ta cząstka mnie, którą oddałem temu małemu człowiekowi pomoże i będzie mógł dzielnie i bez problemowo kroczyć przez życie, czego mu z całego serca życzę.

Niektórzy z moich znajomych mówią na mnie bohater, czy tak jest? Ja tak tego nie odbieram, pomogłem, bo miałem taką możliwość i zrobiłbym to jeszcze raz…