Łukasz Juniak

25 Sierpień 2015

Moją historię zostania dawcą szpiku można by zatytułować jednym słowem - paradoks.

Bo jak inaczej nazwać fakt, że zgłosiłem się do fundacji DKMS dlatego, że bałem się oddać krew? Było to pewnego majowego dnia, kiedy na mojej uczelni Niezależne Zrzeszenie Studentów Uniwersytetu Gdańsku zorganizowało „Wampiriadę”. Po jednej stronie ochotnicy oddawali krew - sam chciałem, ale stwierdziłem, że jednak ta igła…No właśnie, ta igła to jednak za dużo.

Na szczęście po drugiej stronie było usytuowane stanowisko DKMSu - po dwukrotnym upewnieniu się, że przy rejestracji nie będzie mi pobierana krew, a jedynie wymaz pałeczkami z ust stwierdziłem, że to jest coś dla mnie – coś, co w pewnym sensie pozwoli mi wygłuszyć swoje sumienie - bo przecież bałem się oddać krew. Zarejestrowałem się. Dalej potoczyło się bardzo szybko.

Od mojej rejestracji w DKMS do momentu telefonu informującego mnie, że znalazł się biorca na moje komórki minęły…42 dni. Czterdzieści dwa dni. Nie było się tutaj nad czym zastanawiać - przeżyłem bardzo duży szok, ale odpowiedź mogła być przecież tylko jedna - tak, zgadzam się na wszystko, chcę komuś pomóc. A potem…radość, telefony do znajomych, wiadomości na portalach społecznościowych - taka prawdziwa radość i uświadomienie sobie, że w życiu nie ma przypadków - tak miało być.

I tak z sytuacji, w której bałem się oddać krew - bo przecież ta igła ma 3 metry długości - znalazłem się w sytuacji, w której nie tylko musiałem kilkukrotnie oddać krew do badań, w której nie tylko musiałem przejść serię zastrzyków na pobudzenie komórek macierzystych, ale w której finalnie musiałem spędzić kilka godzin leżąc w bezruchu, z dwoma igłami wbitymi w ręce, patrząc, jak moja krew sobie przechodzi z jednej ręki do drugiej. Stop. W poprzednim zdaniu wszędzie tam gdzie użyłem słowa „musiałem” powinny pojawić się słowa „chciałem, pragnąłem, byłem dumny i szczęśliwy”. Bo tak, chciałem.

Czy się bałem? A pewnie, że się bałem. Przecież to igła na igle. Tylko, że w tym wszystkim mój strach nie był w ogóle ważny - ważne było to, że po tych wszystkich badaniach okazało się, że się nadaję, że naprawdę zostanę dawcą - a innymi słowy - że jest naprawdę duża szansa, że mogę komuś bardzo mocno pomóc.

Czy bolało? Nie, nie bolało. W moim przypadku została zastosowana metoda odseparowania komórek macierzystych - taka jak w zdecydowanej większości przypadków - przez 4 godzinki poleżałem sobie wygodnie, popijając wodę i rozmawiając z ludźmi. Mówiąc szczerze były to naprawdę fajne godziny - nie czułem żadnego bólu, zero strachu - czułem za to zaszczyt, że pomagam. Udało się, z mojej strony wszystko było w porządku.

Pozwolę sobie wykorzystać to miejsce na napisanie kilku słów do tych osób, które jeszcze nie są zarejestrowane w DKMS - zróbcie to! Po prostu to zróbcie. Nic was to nie kosztuje, nic na tym nie tracicie, nic was to nie boli - a oprócz niesamowitej satysfakcji wewnętrznej dajecie z siebie coś jeszcze - dajecie komuś życie. Tego uczucia nie da się z niczym porównać.

Dziękuję DKMS za całą opiekę w trakcie trwania procedury pobrania oraz za możliwość - możliwość poczucia, że dzielę się z kimś swoim życiem!