Agnieszka Buś

4 Grudzień 2015

Moja historia zaczęła się, gdy byłam na drugim roku studiów. W przerwie między zajęciami na uczelni, wraz z koleżanką, postanowiłyśmy zarejestrować się do bazy dawców szpiku. Obie od zawsze chciałyśmy to zrobić, a wtedy nadarzyła się ku temu idealna okazja. Po 5 minutach było po wszystkim. Szczerze mówiąc, nawet przez sekundę nie przeszło mi przez myśl, że będę miała szczęście zostać jednym z dawców, bo przecież prawdopodobieństwo znalezienia genetycznego bliźniaka jest bardzo małe.

Po roku od rejestracji, 17 sierpnia 2015 roku, podczas wizyty u dentysty zadzwonił do mnie nieznany numer. Po dwóch nieodebranych połączeniach dostałam wiadomość, której treści nie zapomnę do końca życia: „Fundacja DKMS prosi o pilny kontakt. Jest pacjent, któremu może Pani bardzo pomóc!”. Zeskoczyłam z fotela i natychmiast oddzwoniłam. Łamiącym się głosem próbowałam przeprowadzić rozmowę z koordynatorem. Ustaliliśmy datę wstępnych badań, potwierdzających typizację, która, na całe szczęście, potwierdziła zgodność między mną a Biorcą. Kazano mi czekać na telefon. 22 września niecierpliwe oczekiwanie zakończyło się – dostałam wiadomość o planowanym terminie badań szczegółowych i samego przeszczepienia. 28 września stawiłam się na badaniach w klinice. Wszystko przebiegło pomyślnie. Oprócz badań krwi, RTG, USG, EKG mogłam zobaczyć miejsce pobrania. Zostałam również przygotowana do podawania sobie czynnika wzrostu. W pokoju, w którym podpisywałam niezbędne dokumenty wraz z innymi przyszłymi dawcami, siedzieli pacjenci kliniki hematologii chorzy na białaczkę. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam osoby zmagające się z nowotworem krwi i miałam okazję posłuchać ich rozmów, dotyczących choroby, wyników badań i samopoczucia.

W pewnym momencie do jednego z pacjentów przyszedł lekarz i widząc nas, powiedział do chorych: "Zobaczcie Państwo, siedzą tutaj młodzi ludzie, którzy niedługo anonimowo, nie oczekując w zamian żadnej zapłaty, uratują życie osobom podobnym do Was". Nigdy nie zapomnę uśmiechów i spojrzeń pacjentów, którzy po usłyszeniu tej informacji, zaczęli nam się uważnie przyglądać. Wtedy dotarło do mnie, jak ważne jest oddawanie komórek macierzystych dla chorych, jak wiele to dla nich znaczy i od czego ich może uwolnić.

Po potwierdzeniu daty pobrania, postanowiłam podzielić się moim szczęściem ze znajomymi. Opowiadałam o tym, co za kilka tygodni zamierzam zrobić i byłam w szoku, słysząc ich reakcje. Część moich rozmówców z przerażeniem pytała: "Nie boisz się? Przecież to strasznie boli" lub: "Będą Cię kłuli igłą w kręgosłup bez żadnego znieczulenia!", "Przecież masz tatuaż, na pewno możesz to zrobić?". Usłyszałam nawet: "Przecież możesz zarazić się żółtaczką! Ja bym nie ryzykowała…”. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Wtedy obiecałam sobie, że jeżeli będzie mi dane kiedykolwiek oddać szpik, opiszę moją historię i postaram się, żeby dotarła do jak największej liczby osób. Uznałam, że niedostateczna liczba dawców w bazie może w dużej mierze wynikać z nieprawdziwych informacji, które odstraszają potencjalnych dawców. Po moich opowieściach o bezbolesnej i bezpiecznej metodzie przeszczepu szpiku kilku moich znajomych zdecydowało się na rejestrację online do bazy dawców! Trzeba więc mówić o tym jak najwięcej!

W dniu pobrania stawiłam się w klinice gotowa na przeprowadzenie aferezy. Wybrano dla mnie metodę pobierania komórek z krwi obwodowej. Procedura była bezbolesna i komfortowa do tego stopnia, że gdyby nie obowiązek ściskania gumowej kuleczki w dłoni, na pewno bym usnęła! Zabieg przebiegł sprawnie i kilka godzin później wraz z Panią Pielęgniarką „chuchałam na szczęście” na worek pełen moich komórek, żeby dobrze spełniły swoją rolę. Kilkanaście minut później otrzymałam odznakę Dawcy Przeszczepu i byłam gotowa do wyjścia. Po powrocie do domu otrzymałam telefon z fundacji. Dowiedziałam się, ile lat ma mój Bliźniak i skąd pochodzi. Na dokładniejsze informacje o nim i o stanie jego zdrowia muszę jeszcze trochę poczekać. Przekazałam Biorcy przez fundację krótki list, w którym życzyłam mu szybkiego powrotu do zdrowia i opowiedziałam, jak wiele dla mnie znaczy to, że mogłam mu pomóc.

Na tym kończy się moja historia. Pragnę powiedzieć, że nie sądzę, żeby było na tym świecie coś, co wywołuje tak samo dużo radości, wzruszenia i szczęścia, jak widok worka pełnego komórek macierzystych - lekarstwa dla kogoś, kto jest do nas genetycznie podobny, ale jednocześnie bardzo różny, bo śmiertelnie chory. Podczas kiedy my cieszymy sie doskonałym zdrowiem.

Świadomość tego, że w Twoich żyłach płynie lekarstwo na śmiertelną chorobę sprawia, że czujesz się wyjątkowo. Dla kogoś możesz być jedyną szansą na powrót do zdrowia, do rodziny, do normalnego życia. Zachęcam wszystkich do zarejestrowania się w bazie, bo może okazać się, że to właśnie na Ciebie czeka bardzo chory bliźniak, dla którego Twoja pomoc, jest już ostatnią nadzieją.