Aleksandra Czarnik

Zostanie dawcą szpiku kostnego było moim marzeniem. Od kiedy dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak dawstwo szpiku – chciałam to zrobić. Tak po prostu.

Zawsze uważałam, że nie ma na świecie lepszej sprawy, niż pomóc komuś choremu i to właśnie w taki w sposób – unikatowy, bo mogę to zrobić tylko ja i nikt inny. Jeżeli coś, co „posiadam”, a nie jest to wcale żadną moją zasługą, może uratować komuś życie – sprawa jest dla mnie oczywista.

Ale długo nie rejestrowałam się w bazie DKMS - bo ciągle zapominałam. Dlatego nie zastanawiałam się ani minuty, kiedy podczas mikołajkowej akcji w supermarkecie zobaczyłam stoisko Fundacji, na którym można było pobrać i zostawić swój wymaz. Uznałam to wręcz za zrządzenie losu.

I chyba rzeczywiście tym było, ponieważ zadzwoniono do mnie z informacją, że potrzebne są moje komórki macierzyste już po kilku miesiącach - co podobno zdarza się niezwykle rzadko. Rejestrowałam się w grudniu 2015, a przeszczep odbył się już w sierpniu 2016. Tak jakby ktoś na mnie czekał.

Czuję się trochę wyjątkowo/a. Sama świadomość tej sytuacji sprawia, że brak mi słów. Nie ma dla mnie znaczenia skąd jest ten człowiek, ile ma lat czy co robi - ważne, że potrzebował do życia czegoś, co ja mogłam mu dać. Myślę, że każdy powinien to zrobić - nie wiąże się to z żadnym wyrzeczeniem, a tyle daje. Uważam wręcz, że nadaje to głębszy sens życiu. A teraz propaguję ideę oddawania komórek macierzystych wśród bliskich i dalekich znajomych – zrobiłam sama siebie swoistą ambasadorką akcji.