Anna Wodzyńska

4 Grudzień 2015

Moja przygoda z DKMS zaczęła się 2 lata temu. Dowiedziałam się, że na wydziale, na którym studiuję, Fundacja DKMS zrobi swoją akcję “Dwa wymazy i do bazy”. Czułam dumę, że to właśnie mój wydział został do tego wybrany. Dużo słyszałam o dawcach szpiku, ale nie wiedziałam jak się za to zabrać. Okazja sama do mnie przyszła. Pełniąc wtedy funkcję przewodniczącego swojego wydziału wraz z członkami wydziałowej rady studentów udaliśmy się wszyscy, aby zarejestrować się w bazie. Dając przykład innym studentom. Po kilku miesiącach przyszła do mnie legitymacja przypominając mi, że jeżeli znajdzie się ktoś potrzebujący, to mam być gotowa. Po pół roku otrzymałam telefon, odbieram, w słuchawce głos mężczyzny, ledwo usłyszałam jadąc autobusem, że dzwoni z DKMSu. Z radości chciałam krzyczeć, ale autobus zapełniony po brzegi. Kolejne telefony to umawianie na badania, informacje o sposobach pobrania.

W głowie mam milion myśli.

Po badaniach krwi informacja o zgodności. Radość. Długa przerwa i informacja listowna oznajmiająca, że na razie wstrzymują całą procedurę. Mam być gotowa, ale jeszcze nie teraz. Miałam nadzieję, że biorca wyzdrowiał. Na kolejną informację czekałam pół roku. Tym razem na komórce wyświetlił się zapisany numer “DKMS”. Usłyszałam: “pilnie potrzebny szpik kostny“. W moim przypadku jedyna forma to pobranie szpiku z kości biodrowej. Po badaniach nadal nie dostaję zielonego światła do przeszczepu. Nic nie wiem, dlaczego wstrzymują mnie, może biorca się boi, może nie jest gotowy, a może jest zdrowy. Po miesiącu znowu badania wstępne i nowa data pobrania.

Czekanie wzmaga stres, a ja muszę pilnować diety. Muszę trzymać wagę powyżej 50 kg, ale jedno wiem, nie zmienię mojej decyzji, bo tam gdzieś może blisko może daleko jest ktoś, kto na mnie liczy, kto wie, że jestem.

Dzień pobrania. Pamiętam troskliwych lekarzy i trzy głębokie wdechy. Potem głos lekarza: “Pani Aniu” po pobraniu. Czekałam tylko na telefon od Pani Kasi. Kiedy zadzwoniła i oznajmiła, że pomogłam dziewczynie niewiele młodszej ode mnie, moje wzruszenie sięgnęło zenitu. Ta dziewczyna ma 17 lat. Pamiętacie, jak mieliście tyle lat? Większość tak jak ja była beztroska, a ona musi być silna i musi zmagać się z ciężką chorobą. Nie można z niczym porównać radości, że tak po prostu można pomóc drugiemu człowiekowi. Przez cały ten czas kontemplowałam słowa przykazania miłości “kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Wierzę, że będzie coraz więcej dawców, a coraz mniej biorców.

Zostań bohaterem takim, jakim ja jestem teraz dla swojej mamy.