Beata Smykiewicz - Różycka

4 Grudzień 2015

Moja historia z DKMS-em zaczęła się cztery lata temu, kiedy to w liceum, w którym uczę, pracująca z nami wtedy pedagog szkolna, ogłosiła akcję oddawania komórek macierzystych na rzecz młodej fryzjerki, mieszkającej w nieodległej Warce. Akcja miała miejsce w sobotę. Pojechałam, oddałam krew i otrzymawszy legitymację dawcy, wróciłam do codziennego życia.

Pierwszy telefon o tym, że jestem potrzebna, otrzymałam w czerwcu 2014 r. Poddałam się typizacji wstępnej i... nastała cisza. Potem w ciągu roku było jeszcze kilka telefonów. W międzyczasie opowiedziałam o swojej przynależności do DKMS Polska siostrze, która również została potencjalnym dawcą.

W sierpniu 2015 roku otrzymałam kolejny telefon z pytaniem, czy nadal jestem gotowa oddać komórki macierzyste. Potwierdziłam po to, żeby za niespełna godzinę dowiedzieć się od tego samego koordynatora, że procedura zostaje wstrzymana. Okazało się, że w bazie potencjalnych Dawców szpiku są dwie osoby o identycznym genotypie, z których jedną jestem ja. Wybór padł na tę drugą osobę. Za dwie godziny tajemnica się wyjaśniła, okazało się, że drugą osobą o identycznym genotypie była moja siostra, która po rozmowie z koordynatorem, rozwikłała zagadkę i natychmiast z tym do mnie zadzwoniła. Kwestia ta nie była dla lekarzy oczywista, gdyż nosimy z siostrą różne już nazwiska i nie mieszkamy w tych samych miastach.

We wrześniu 2015 roku ostatecznie było wiadomo, że dawcą będę jednak ja. Znowu przeszłam szereg badań, tym razem w Warszawie. Otrzymałam czynnik wzrostu, który w odpowiednim czasie miałam sobie aplikować, czekając na pobór w wyznaczonym dniu. Niestety, październikowy weekend przyniósł przykrą wiadomość. Okazało się, że mój biorca przechodzi infekcję, i że pobór, a tym samym wstrzykiwanie sobie czynnika wzrostu, zostają przesunięte na bliżej nieokreślony termin. Jedyne, o co się wtedy martwiłam poza tym, aby mój biorca wyzdrowiał, to o brak możliwości zapewnienia go, że się nie wycofam, że będę czekać tak długo, jak będzie trzeba.

22 października to dzień, w którym wyposażona za sprawą czynnika wzrostu w dodatkowe białe krwinki, otoczona niezwykle życzliwym i profesjonalnym personelem, w towarzystwie nieodłącznej przyjaciółki, poddałam się zabiegowi w warszawskiej klinice. Po pięciu godzinach opuściłam szpital. Mój organizm dosyć szybko się zregenerował, pozwalając na powrót do dotychczasowego trybu życia. Niby nic się nie zmieniło. Niby...

http://lo-kozienice.edu.pl/355-razem-przeciw-bia%C5%82aczce.html

http://lo-kozienice.edu.pl/360-wolontariusze-informuj%C4%85.html