Gabriel Wanat

22 Styczeń 2016

Chciałbym opisać swoją historię oddania szpiku kostnego, dzięki której moja bliźniaczka genetyczna otrzymała szansę na przeżycie.

Do rejestracji w bazie komórek macierzystych namówiła mnie Żona. Ona już od kilku lat jest w bazie dawców. Decyzję podjąłem pod koniec 2013 roku, a już w lipcu następnego roku otrzymałem telefon, że potwierdzono zgodność mojego materiału genetycznego z potrzebującym biorcą. Nie zawahałem się ani przez chwilę, by się wycofać.

Po badaniach krwi i potwierdzeniu 100% zgodności dowiedziałem się, że pobranie odbędzie się metodą przy ogólnym znieczuleniu z kości talerzowej biodra. Tutaj chciałbym wyprzedzić fakty i uzmysłowić wszystkim, że w internecie jest mnóstwo bzdur na temat sposobu pobierania i rekonwalescencji po pobraniu.

Wróćmy jednak do mojej historii. Przed zabiegiem poznałem kilku chorych, którzy wciąż czekali na dawcę albo ich dawca zrezygnował, to była dla mnie prawdziwa lekcja życia. Zabieg przebiegł bardzo profesjonalnie, a już tego samego dnia popołudniu wstałem z łóżka, żeby dowiedzieć się, że moją siostrą genetyczną jest zaledwie roczna węgierska dziewczynka. Uśmiechając się pomyślałem: „Polak Węgier dwa bratanki...”

Dwa dni później wróciłem do pracy i po przygodzie z DKMS zostały dwa niewielkie nakłucia na lędzwiach, które moja żona nazwała żartobliwie „wampirki” (znikły po miesiącu). Z perspektywy ponad roku mogę zagwarantować, że moje zdrowie nie ucierpiało, a myśl o tym, że gdzieś tam na Węgrzech jest rodzina, która cieszy się, że ich córka wróciła do pełni zdrowia, dodaje skrzydeł.

Mam nadzieję, że dzięki mojej historii ktoś z Was czytających podejmie decyzję o rejestracji a jeśli zadzwoni telefon z DKMS, wykaże odwagę i podaruje komuś życie.