Jakub Dziewit

2 Styczeń 2017

Ponad rok temu oddałem cząstkę siebie mojej siostrzyczce genetycznej. Dzisiaj chciałem podzielić się z Wami moją historią, która być może zachęci kolejne osoby do rejestracji, a tym samym da komuś szanse na nowe życie, a Wam to najwspanialsze uczucie na świecie.

Zacznijmy od początku.

8 września – tego dnia zadzwonił do mnie koordynator z Fundacji z informacją, że ktoś czeka na moją pomoc. W pierwszej chwili niedowierzanie, a jednocześnie radość, że mogę komuś pomóc wygrać z nowotworem krwi.

Pomimo faktu, iż mam tatuaż, to boje się wszelkiego rodzaju igieł, zastrzyków i tego typu wynalazków, a teraz stałem w obliczu sporej ich liczby… Ale co tam, przecież nic nie może się równać z ludzkim życiem!

Kilka dni po wspomnianym telefonie odbyły się pierwsze badania z krwi w celu potwierdzenia zgodności genetycznej. Na wyniki czekałem około trzy tygodnie. Kolejną informacją była ta z potwierdzeniem zgodności z moją siostrzyczką. Niestety stan jej zdrowia na tamtą chwilę nie pozwolił na przeprowadzenie zabiegu…

Kolejny telefon z Fundacji zadzwonił w październiku. Tego dnia dowiedziałem się, że moja bliźniaczka jest gotowa na przeszczep, a ja zostałem dla niej wybrany, jako dawca komórek macierzystych. Zostałem zaproszony na badania wstępne na początku listopada do szpitala w Krakowie, zaś ten najważniejszy dla nas moment miał nastąpić trzy tygodnie później.

Na licznych badaniach wstępnych oprócz mnie poznałem siedmiu innych dawców, którzy mają swoją niepowtarzalną historię. Z jednym z nich – Sławkiem z Katowic, (którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam) miałem pod koniec listopada oddać około 450 ml komórek macierzystych. Po przebrnięciu przez badania, wszyscy zostaliśmy raz jeszcze szczegółowo poinformowani o procedurach zabiegu i konsekwencjach, jakie niesie ze sobą wycofanie się z zabiegu – rezygnując w tym czasie możemy pozbawić naszych genetycznych bliźniaków szans na życie, gdyż równocześnie z nami oni także są przygotowywani do przeszczepu. Ponadto każde z nas otrzymało 8 zastrzyków z czynnikiem wzrostu do samodzielnego podawania ich sobie dwa razy dziennie na cztery dni przed pobraniem materiału genetycznego. W moim przypadku wzrosły one aż do 67 tys. Nie czułem się dobrze. Byłem osłabiony, bolały mnie kości i głowa, ale świadomość, że temu wszystkiemu przyświeca jeden, najważniejszy cel sprawiło, że każde ukłucie igłą, każdy ból i osłabienie znosiłem z uśmiechem na twarzy.

Nadszedł wreszcie długo wyczekiwany dzień. Czułem ekscytację, radość, ale jednocześnie nieustannie moje myśli były przy mojej bliźniaczce. Czy wszystko się uda? Czy to pomoże?... Procedura trwała 6 godzin i przebiegła w bardzo miłej atmosferze dzięki wspomnianemu wyżej Sławkowi, lekarzowi prowadzącemu oraz przesympatycznym pielęgniarkom. Dwie godziny po zakończeniu pobrania i potwierdzeniu informacji, że ilość materiału genetycznego jest w wystarczającej ilości, otrzymałem telefon z Fundacji z informacją, kim jest mój bliźniak genetyczny. Trzy podstawowe informacje: płeć, wiek, i kraj pochodzenia. Jak już zauważyliście z treści, moim bliźniakiem okazała się młodsza ode mnie rok dziewczyna.

Minął rok, a ja wiem już, że wszystko się udało, że moja bliźniaczka z każdym dniem czuje się coraz lepiej i wraca do pełni życia z przed choroby. Wymieniamy między sobą listy za pośrednictwem Fundacji i obydwoje z niecierpliwością wyczekujemy naszego spotkania.

Pamiętajcie, że każdy z Was może pomóc, doświadczyć takiej niezwykłej historii i jedocześnie zyskać genetycznego bliźniaka na całe życie.

PS
Serdeczne pozdrowienia i podziękowania dla całej ekipy z Fundacji DKMS! W szczególności dla Pana Kamila, Pani Agaty, Pani Małgorzaty, Pani Pauliny i Pani Agnieszki! I oczywiście dla lekarzy i pielęgniarek ze szpitala w Krakowie.