Klaudia Kubiak

W moim przypadku wszystko rozpoczęło się na początku marca 2016 roku, wtedy właśnie zarejestrowałam się do bazy DKMS. Pół roku wcześniej skończyłam 18 lat i była to pierwsza tak ważna w moim życiu decyzja. Po dwóch miesiącach otrzymałam kartę dawcy.

Już w połowie lipca przyszedł mail z prośbą o pilny kontakt z fundacją. Pomyślałam, że to musi być żart, przecież jestem w bazie od 4 miesięcy, takie rzeczy się nie dzieją. Dzwonię i wszystko się potwierdza. Mój bliźniak genetyczny jest bardzo chory i mnie potrzebuje. Później wszystko odbyło się w ekspresowym tempie. Typizacja potwierdzająca ostatecznie rozwiała wątpliwości-zgodność antygenowa była pełna. Kolejny telefon z fundacji to przekazanie mi wiadomości o tym, że lekarze ustalili termin badań wstępnych oraz pobrania szpiku z talerza kości biodrowej. Jest to rzadsza metoda, ale wbrew wielu mitom, kompletnie nieinwazyjna i nie ma nic wspólnego z rdzeniem kręgowym. Badania wstępne w Warszawie przebiegły bardzo sprawnie. Pani doktor udzieliła mi wszystkich potrzebnych informacji. Wyniki wyszły idealnie, więc zaczęto przygotowania biorcy do przeszczepu.

Dzień przed planowym zgłoszeniem do kliniki przyjechałam do Warszawy. Pobranie szpiku z talerza kości biodrowej wiąże się z 3-dniową hospitalizacją, to konsekwencja m.in. znieczulenia ogólnego. Choć udzielał mi się stres, to miałam tak wspaniałych ludzi wokół siebie, że szybko o nim zapomniałam.

W końcu nadszedł wielki dzień. Idąc na salę operacyjną, uświadomiłam sobie, co się dzieje. Zobaczyłam, ile czynników składa się na powodzenie całej procedury. Lekarze, cały personel, fundacja, biorca, no i oczywiście ja. Wszystko poszło jak w zegarku. Zabieg trwał ok. 90 minut i gdy się obudziłam, uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Po kilku godzinach zadzwonił telefon. To Pani koordynator z fundacji z pytaniem, jak się czuję oraz czy chcę wiedzieć, komu uratowałam życie. Okazało się, że to dziewczynka, która nie ma jeszcze roku. Mój szpik poleciał do innego kraju. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam płakać. Mieszanka szczęście, ulgi oraz innych emocji dopiero teraz znalazła ujście.

To nieprawda, że dawca nie dostaje nic za to, że ratuje czyjeś życie. Jest to najwspanialsze uczucie na świecie, którego nie da się osiągnąć przez nic innego. Myślę, że oprócz szpiku, dawcy dają coś znacznie większego. Oddają biorcom część swojej odwagi i siły do dalszej walki z chorobą. Dzięki temu niemożliwe staje się możliwe. Wtedy dzieją się cuda.

Wiem, jak wiele osób waha się, czy zapisać się do bazy DKMS. Zazwyczaj boją się o własne zdrowie lub w ogóle nie wiedzą, jak wygląda pobranie komórek macierzystych. Jeśli kiedyś znów zadzwoni TEN telefon, to nie zawaham się ani chwili i zrobię to samo. Ogromna ilość chorych na białaczkę wciąż nie znalazła swojego bliźniaka genetycznego. Młodzi, zdrowi ludzie, nie powinni czekać ani chwili i od razu zapisać się do bazy dawców. Takich rzeczy nie odkłada się na później, bo tego później może zwyczajnie dla biorcy nie być.