Klaudia Pytlarz

4 Grudzień 2015

Moja przygoda jako Dawcy rozpoczęła się w liceum. Pewnego dnia organizowana była akcja krwiodawstwa w mojej szkole. Razem z koleżankami zajęłyśmy kolejkę. Niestety, ja zostałam odrzucona, zbyt niskie BMI zdyskwalifikowało mnie do oddania krwi. Stwierdziłam, że tak błaha sprawa nie przeszkodzi mi w podarowaniu komuś cząstki siebie. W domu poszukiwałam innego sposobu na pomoc i to właśnie tego wieczoru znalazłam stronę fundacji. Bez chwili zastanowienia zarejestrowałam się jako potencjalny dawca. Statystyki zawarte na stronie uświadomiły mnie jednak, że telefon może nigdy nie zadzwonić. W grudniu dotarła do mnie moja karta dawcy, już wtedy poczułam się wyjątkowo, ale telefon niestety nie dzwonił. Tak mijały miesiące, a konkretnie 7 długich miesięcy.

Był upalny lipcowy dzień, godzina 12. Siedziałam w pociągu, byłam w drodze do pracy. Dzwoni telefon, numer nieznany. Odbieram, po drugiej stronie miły, męski głos – przedstawiciel Fundacji. Wtedy pierwszy raz poczułam tak mocny ucisk w klatce piersiowej. Rozmowa nie trwała długo. To właśnie wtedy, w tej krótkiej chwili dowiedziałam się, że mój bliźniak genetyczny jest chory i potrzebuje mojej pomocy. Moja odpowiedź na pytanie czy dalej jestem zainteresowana była oczywista, „jasne, że TAK!”. Ten jeden dzień, jeden telefon zmienił całe moje życie. Już wtedy podano mi wszystkie szczegóły, datę zabiegu, formę pobrania - zabieg pobrania z talerza kości biodrowej.

Ta wiadomość ścięła mnie z nóg. Na szczęście strach szybko zamienił się w radość, dumę, szczęście, podekscytowanie.

Zabieg wyznaczono na początek września. Po drodze wiele badań potwierdzających zgodność tkanek. Wyniki badań pozytywne, zgodność potwierdzona, zostało czekanie na najważniejsze.

Koniec sierpnia, upalne popołudnie. Nadszedł dzień pakowania walizki do szpitala. Nie docierało do mnie, że wszystko tak szybko nadeszło. Zabieg zaplanowany został w Instytucie Onkologii w Gliwicach. Przyjęto mnie bardzo ciepło, personel niesamowity, miły, troskliwy. Przydzielono mi łóżko w pokoju z cudownymi dwoma Paniami, które zmagały się z tą straszną chorobą. Dzień minął na badaniach, konsultacjach, pełnej zgodzie na przeszczep. Został dzień przed przeszczepem, dzień dla mnie. Nie mogłam się doczekać, myślami cały czas byłam z moim bliźniakiem. W wyobraźni trzymałam go za rękę powtarzając, że wszystko się uda! Godzina 5 rano, pobudka, przygotowania do zabiegu. Zostało tylko kilka godzin i coraz większe zdenerwowanie i podekscytowanie. O 10 przyszły Panie, które zawiozły mnie na salę operacyjną - zaczęło się! Wbicie wenflonu, zimna sala operacyjna, wszystko w sterylnych warunkach. Starałam zapamiętać się jak najwięcej, w końcu nigdy więcej tego nie przeżyję! Położono mnie na stole, założono maskę z tlenem i poinformowano, że zaraz podadzą mi zastrzyk usypiający i odpłynęłam.

Wieczorem dostałam telefon od fundacji. Nie pamiętam z tej rozmowy nic więcej oprócz informacji, że biorcą moich komórek jest 12 letnia dziewczynka. Rozpłynęłam się, łzy same popłynęły po policzku. Właśnie wtedy dotarło do mnie, czego dokonałam. Byłam z siebie dumna jak nigdy wcześniej. To uczucie rozpierało mnie w piersiach. Jest to coś, czego nie da opisać się słowami, przekazać w wiadomości. To trzeba przeżyć na własnej skórze. Codziennie modlę się, o moją małą siostrzyczkę. Bardzo chciałabym, aby cząstka mnie pozwoliła jej na powrót do życia i wspaniałe, długie życie. Codziennie jestem z nią duchem i wspieram ją w walce z chorobą. Z całych sił wierzę w nią i jej zdrowie!

Zachęcam wszystkim do rejestracji. To nic nie kosztuje, a gest jest wielki! Każdy z nas może uratować czyjeś życie. Uczucie podarowania komuś szansy na zdrowie jest czymś nie do opisania, to po prostu trzeba przeżyć!