Krzysztof Timek

22 Luty 2016

W październiku 2014 roku rozpocząłem studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Nie było mi łatwo przyzwyczaić się do nowego trybu życia, którym niewątpliwie stały się moje studia. Po nieco ponad miesiącu czułem się już jednak jak ryba w wodzie i wtedy właśnie zobaczyłem wiszący na jednej ze ścian plakat z hasłem „Dwa wymazy i do bazy”. Nie miałem pojęcia ani o Fundacji DKMS, ani o organizowanych przez nią akcjach, więc moim pierwszym krokiem było „wygooglowanie” tego chwytliwego hasła. Wystarczyło mi kilka przeczytanych zdań, by podjąć w mojej opinii jedną z najważniejszych decyzji w moim życiu. Zapisałem się do bazy potencjalnych dawców w listopadzie 2014 roku, dzięki akcji zorganizowanej przez moją uczelnię „AGH przeciw białaczce”. Nie zdawałem sobie wtedy jeszcze sprawy z tego, że pobranie patyczkiem dwóch wymazów z wewnętrznej części policzka może tak diametralnie zmienić ludzkie życie.

Po 9 miesiącach zadzwonił mój telefon. Niestety nie byłem w stanie go odebrać, toteż zobaczyłem na ekranie nieodebrane połączenie oraz smsa z prośbą o pilny kontakt z Fundacją DKMS. Właściwie nie byłem pewien, o co tak naprawdę może chodzić i w pierwszej chwili uznałem, że być może coś nie zgadza się w moich danych osobowych, które podałem podczas rejestracji. Nie spodziewałem się jednak, że chodzi o wytypowanie mnie jako najbardziej zgodnego potencjalnego dawcy dla chorej osoby. Byłem w szoku. Jednakże kiedy padło pytanie czy nadal deklaruję gotowość do oddania komórek macierzystych, moja odpowiedź nie mogła być odmowna. Zgodziłem się bez zastanowienia. Otrzymałem ankietę oraz broszury, dzięki którym zdałem sobie sprawę, że podjąłem dobrą decyzję, oraz że nic nie dyskwalifikuje mnie jako przyszłego dawcę. Kładąc się spać, zdałem sobie sprawę, że mam bliźniaka genetycznego, który jak nikt inny potrzebuje mojej pomocy.

Po nieco ponad tygodniu otrzymałem kolejny telefon, w którym usłyszałem, że stan mojego bliźniaka genetycznego się pogorszył i procedura, wedle której mam zostać dawcą, musi zostać przyśpieszona. Przestraszyłem się wtedy niesamowicie, bowiem możliwość uratowania obcej osobie życia była jedną z rzeczy, na których w tamtym momencie najbardziej mi zależało. Chciałem pomóc osobie, dla której byłem jedyną nadzieją, chciałem mieć na to szansę, chciałem tą szansę dostać od Boga. Pojechałem na badania do Krakowa i przez cały czas oczekiwania modlitwą starałem się wspomóc mojego bliźniaka, było to bowiem jedyne, co mogłem zrobić. Po raz pierwszy w życiu byłem poddawany tak kompleksowym badaniom i przynajmniej teraz już wiem, co oznacza w praktyce dziwnie brzmiąca nazwa EKG.

Badania poszły bardzo dobrze i już po 3 dniach otrzymałem telefon od Fundacji DKMS, bym uważał na siebie, ponieważ procedura już się rozpoczęła i chory czeka na mój szpik. Dokładnie 1 października 2015r., o 7:30 rano, rozpoczął się zabieg aferezy komórek macierzystych szpiku kostnego z mojej krwi obwodowej i przez 5 godzin siedziałem sobie na wygodnym fotelu, a moje komórki macierzyste zbierały się do woreczka. Wbrew pozorom, to jest naprawdę przyjemny zabieg, który mi osobiście bardzo się spodobał. Po zabiegu, musiałem odczekać kilkadziesiąt minut, by dowiedzieć się, czy kolejnego dnia mam się stawić w klinice. Na szczęście ilość i jakość moich komórek w zupełności wystarczyła do tego, bym kolejny dzień spędził w domu. Po paru godzinach otrzymałem telefon z trzema informacjami na temat mojego biorcy i już wiem, w jakim jest wieku, oraz z jakiego kraju pochodzi. Jest to mężczyzna z kraju, w którym obowiązuje pełna anonimowość dawcy, bardzo żałuję, że nie będę miał możliwości, by kiedyś go spotkać.

Bardzo się cieszę, że udało mi się zostać dawcą szpiku kostnego i dziękuję Fundacji DKMS, która towarzyszyła mi od początku. Z bólem przyjąłem informację, że czeka mnie przerwa w honorowym oddawaniu krwi do nawet 6 miesięcy, ale no cóż, jakoś sobie z tym poradzę. Czekam teraz na jakiekolwiek informacje na temat zdrowia mojego bliźniaka genetycznego i głęboko wierzę w to, że moje komórki pomogą mu stanąć na nogi.