Magdalena Niesterczuk

26 Lipiec 2016

Moja historia z DKMS rozpoczęła się pod koniec 2014 roku, miałam wówczas ledwo 18 lat. Do wysłania pakietu i zarejestrowania się w bazie zainspirowała mnie koleżanka ze szkoły średniej, po przeczytaniu wszelkich informacji, jakie znalazłam na ten temat w internecie, stwierdziłam - czemu by nie? Nie sądziłam, że biorca moich komórek znajdzie się w ciągu najbliższych kilku lat.

Pierwszy telefon otrzymałam już w lipcu 2015 roku. Poproszono mnie o oddanie małej ilości krwi do badań wstępnych. Udałam się więc do laboratorium, po czym nastąpiła cisza. Zdążyłam już prawie zapomnieć o sprawie, jednak w lutym 2016 znów otrzymałam telefon z Fundacji. Tym razem otrzymałam informację z konkretnym terminem, w jakim mam stawić się w położonej 300 km od mojego miasta klinice. Bałam się stresu i problemów związanych z podróżą, a także pobytem w całkiem obcym mieście, jednak fundacja wszystkim się zajęła i wszystko przebiegło komfortowo.

Niestety nie obyło się bez małej komplikacji, na badaniach wstępnych okazało się, że nie mogą pobrać mi komórek macierzystych z żyły na rękach, tak jak to zwykle bywa, ze względu na ich słabą widoczność i dostępność. Musiałam mieć założone wkłucie centralne, w żyłę na szyi. Dopiero wtedy wyobraziłam sobie ten zabieg i ogarnęło mnie przerażenie, nie wiedziałam, jak pokonać odwieczny lęk przed igłami. Ten etap był najtrudniejszy, dopadły mnie pierwsze wątpliwości - czy dam radę?

Wtedy lekarz z kliniki uświadomił mi, co moja rezygnacja w tym momencie oznacza dla biorcy. Po tych słowach uznałam, że muszę przezwyciężyć swoje obawy, że dla mnie to jedynie dwa lub trzy dni dyskomfortu, a dla kogoś szansa na dłuższe życie.

Przed pobraniem przez 4 dni przyjmowałam zastrzyki z czynnikiem wzrostu, tego również się obawiałam, ale wszystko przebiegło jak trzeba, byłam w stanie nawet robić je samodzielnie. Dolegliwości, o których ostrzegał lekarz, że mogą wystąpić, również były znikome, nie utrudniały mi funkcjonowania.

W końcu nadszedł wyczekiwany dzień pobrania. W szpitalu spędziłam dwa dni, ponieważ pierwszego dnia nie udało mi się niestety oddać potrzebnej ilości komórek.

Kiedy po czasie otrzymałam informację, że z moim biorcą wszystko jest w porządku i przeszczep się udał, poczułam radość i ulgę. Cieszę się, że mogłam komuś pomóc. Z perspektywy czasu widzę, jak niewielki był to dla mnie wysiłek.

Apeluję do wszystkich osób, które wahają się tak, jak ja kiedyś, nie warto się bać, świadomość o tym, że uratowało się komuś życie, jest bezcenna.