Magdalena Tranda

Mówię sobie, że to było najważniejsze wydarzenie w moim życiu. Dalej jest. Uratowałam życie. Niewielu ludzi może powiedzieć to o sobie. Co może być ważniejsze? Dla mnie dotychczas nic.

Moja historia z Fundacją zaczęła się typowo. Chęć zarejestrowania się w bazie potencjalnych dawców szpiku nie była dla mnie czymś, co wymagało długiego zastanawiania się, była to normalna decyzja. Dużo o tym się kiedyś naczytałam i wiedziałam mniej więcej, na czym wszystko polega, więc po prostu to zrobiłam. W 2012 r., zamówiłam pakiet przez Internet, dotarł bardzo szybko, bo po kilku dniach. I w tak samo ekspresowym tempie schowałam go na dno szuflady. Aż na niemal pół roku, bo dopiero w marcu 2013 go odesłałam do DKMSu, który się po niego upomniał emailowo. Po jakimś czasie otrzymałam kartę potencjalnego dawcy oraz puzzelek, który noszę do dziś przypięty w portfelu. I cisza, co jakiś czas hurtowo wysyłane wiadomości dla osób z bazy, a to z życzeniami świątecznymi, a to prośba o 1% podatku. Przyznam się, że części nawet nie otwierałam, lądowały w koszu. Nigdy nie myślałam, że padnie na mnie. W końcu szansa na zostanie faktycznym dawcą jest niezmiernie mała. Statystycznie niemal niemożliwe. A jednak.

Majowego wieczoru przeglądałam pocztę i dostałam email od DKMS „Ważna wiadomość..”. Pierwsza myśl: och, znowu jakieś reklamy. Jakże się wtedy myliłam! Wiadomość sprecyzowana konkretnie tylko i wyłącznie do mnie: „W dniu dzisiejszym dostaliśmy zapytanie o Panią jako o dawcę dla konkretnego Pacjenta….”. Czekaj, czekaj, wróć i od początku. Czytam raz jeszcze, drugi, piąty. Nie dociera do mnie ten fakt. Po prostu niemożliwe. Nie ukrywam, jakoś dotknęła mnie treść. Całą noc czytałam historie Dawców, jak wszystko wygląda z ich perspektywy. Na drugi dzień od razu (na okienku między zajęciami na uczelni ;)) zadzwoniłam na podany numer. Pytań dziesiątki, w tym to najważniejsze: Pani Magdo, czy nadal podtrzymuje Pani gotowość do bycia dawcą? No jasne, że tak. Moja odpowiedź nie mogłaby być inna, w jakim celu rejestrowałabym się do bazy? Dwa dni później byłam na pierwszym pobraniu próbek krwi do typizacji potwierdzającej zgodność między antygenami moimi a Biorcy. Byłam zgodna, ale okazało się, że ze względu na zmieniający się stan chorego nie udało się ustalić konkretnych dat, i że mam czekać na info. I tak czekałam trzy miesiące, aż dostałam wiadomość, że jednak nici z pobrania, bo znalazł się ktoś inny. Trochę się rozczarowałam, ale bywa i tak, ważne, że byłam gotowa. W razie czego znów się odezwą. Nie sądziłam, że to nastąpi. W październiku, siedząc na zajęciach dzwoni telefon, kierunkowy +22, znów telemarketing, odrzuciłam. Po chwili sms, Fundacja DKMS, proszę o pilny kontakt. Był bardzo pilny, nie wyszłam z sali, a już oddzwaniałam. Koordynator ds. Pobrań Pani Barbara Jeżowska, Pani Magdo sytuacja się zmieniła i jest Pani potrzebna. Czy w dalszym ciągu jest pani zdecydowana? Nie ma innej opcji niż tak! Od tego telefonu zaczęło się dziać. Najpierw wyjaśnienie wszystkiego, absolutnie wszystkiego, co związane z zabiegiem, terminami, dojazdem, rozliczeniem. Wszystko wiedziałam już na początku procedury. Pod koniec października pojechałam na badania wstępne do Warszawy, które przebiegły mega sprawnie. Żadnego czekania w kolejkach, wszystko doskonale zorganizowane. Czekałam 4 dni na wyniki, czy mój organizm jest gotów na pobranie. Cos wyszło w ekg serca, zostałam poproszona o zrobienie dodatkowych badań w Gdańsku, tam gdzie mieszkam, z pełnym zwrotem kosztów. Nie tak łatwo się umówić na usg serducha, więc poprosiłam Panią Basię o pomoc, i w ten sam dzień wieczorem już było wiadomo, że wszystko jest OK.

6.11 , dwa dni przed moimi urodzinami(jakże piękny prezent) otrzymałam najważniejszy telefon w życiu - już jest pewne, że dojdzie do wykonania procedury pobrania metodą aferezy. Przez cztery dni przed pobraniem musiałam przyjmować czynnik wzrostu w postaci bezbolesnych zastrzyków w brzuch. Dały popalić trochę, ból głowy, lędźwi, bioder, żeber, ale to dobry znak. Znak, że produkcja komórek macierzystych jest większa niż standardowa. Samo pobranie odbyło się w Warszawie w połowie listopada. O 7.20 byłam podłączona do aparatury. Jeśli jesteś krwiodawcą, to się nie bój, bo też masz wbijaną igłę w ramię, z tym, że tutaj jest drugie dojście w postaci wenflonu. Przez igłę krew opuszcza żyłę, trafia do aparatury, które odseparowuje potrzebne komórki, resztę oddaje do organizmu przez dojście wenflonowe. I tak siedziałam 4h 16min w super fotelu i towarzystwie. Tutaj pragnę podziękować mojej siostrze Paulinie za to, że pojechała ze mną i wytrzymała w szpitalu tyle czasu ;). Za karmienie i pojenie podczas pobrania. Dziękuję też super Personelowi szpitala za życzliwość i opiekę, i drugiemu Dawcy - Pawłowi i jego Żonie - Agnieszce, który oddawał komórki razem ze mną, po prostu za towarzystwo. Pobranie absolutnie bezbolesne, tylko moment wkłucia i wyjmowania igły był odczuwalny, ale bez przesady. No, można trochę zdrętwieć, ale na to też jest rozwiązanie, kroplówka z wapniem i jest ok. Wraz z wypisem otrzymałam odznakę dawcy, która zajmuje honorowe miejsce, obok puzzelka w portfelu.

Dzień później telefon od P. Basi, z gratulacjami i podziękowaniami za zaangażowanie w całą procedurę. Moją Biorczynią okazała się kobieta, mieszkanka Niemiec. W wieku mojej Babci. Czyjaś matka, babcia, siostra, tak bardzo potrzebująca moich komórek. Ciężko sobie wyobrazić, co czuje osoba chora, i jej rodzina czekając na dopasowanego dawcę. Pokładają w nim nadzieję na dalsze życie, chwile spędzone razem. Wszystko. Tak naprawdę nie wiem, kim ona jest, czym się zajmuje, jakie ma zwyczaje. Kompletnie obca mi osoba, od tej chwili moja Bliźniaczka genetyczna. Przez długi okres czasu nie mogłam mówić o tym bez emocjonalnego podejścia.

Czekałam z opisaniem mojej historii do momentu otrzymania wieści odnośnie stanu mojej Pani Babci. Bo tak o niej mówię. Minęło 8 miesięcy od chwili, w której podarowałam cząstkę siebie. Teraz już wiem, że komórki z sukcesem zaaklimatyzowały się w krwioobiegu mojej Biorczyni. Przeszczep się przyjął, na tę chwilę nie doszło do nawrotu choroby, jest w domu. Po prostu jest z nią w porządku. To niesamowite uczucie, trudne do opisania, mogąc powiedzieć: tak, uratowałam komuś życie. Mogę już tak mówić. Bez wahania zrobiłabym to ponownie. W razie czego jestem do dyspozycji.

Tak naprawdę nie tracąc absolutnie niczego byłam w stanie Jej pomóc. Fundacja pomaga na każdym kroku, jest w każdym momencie do Twojej dyspozycji. Nie bój się pytać, nawet o pierdołę, zespół DKMSu odpowie na każde zapytanie. Może być tak, że przez Twoją niewiedzę odbierzesz komuś szansę na dalsze życie, nie pozwól na to. Nie stracisz nawet złotówki, bo Fundacja zwraca wszelkie koszty(dojazd, nocleg, wyżywienie itp.). Baza potencjalnych dawców co dzień się powiększa, ale i tak jest Nas za mało. Wiem, że na zachorowalność na choroby wymagające przeszczepień nie mamy wpływu, ale możemy znacząco zmienić statystyki osób wychodzących z tego stanu.

Pragnę podziękować Pani Barbarze Jeżowskiej za prowadzenie jak za rękę przez całą procedurę. Od momentu pierwszego telefonu, aż do przekazania pierwszych wiadomości o mojej Biorczyni to ona sprawowała pieczę nad wszystkim. Wszystko sprawnie zorganizowane, tak żeby każdy był zadowolony. Kontakt email wyśmienity(swoją drogą super, że wszelkie uzgodnienia telefoniczne były potwierdzane emailowo, bo czasem w takich chwilach nie wszystko do Ciebie dociera). Dzięki za wszystko.

Dziękuję też osobom, które namówiłam na rejestrację w bazie. Mam nadzieję, że gdy zadzwoni TEN telefon nie wycofacie się ;) Zarejestruj się, podziel się cząstką siebie i uratuj życie. Lek nosisz w sobie. Masz to we krwi!