Małgorzata Samolak

24 Listopad 2015

Ulotki, telewizja, Internet, szkoła – z wielu źródeł słyszałam o dawstwie szpiku, ale nigdy nie myślałam o rejestracji jako potencjalny dawca. Najbezpieczniejszą formą pomocy było dla mnie zawsze oddawanie krwi – zabieg krótki, bezpieczny, sprawdzony. Jednak z czasem zaczęłam myśleć o tym poważniej, m.in. poruszyła mnie historia Tobiasza Jasińskiego i jego rodziny.

Po około 1,5 roku od rejestracji otrzymałam telefon o możliwej zgodności i potrzebie pomocy choremu. Po przebytych badaniach wstępnych otrzymałam decyzję, że mogę oddać komórki macierzyste z krwi obwodowej. Niestety pierwszy termin został odwołany z powodu złego stanu zdrowia biorcy. Przez kolejne 2 miesiące żyłam w ciągłej niepewności, czy będzie mi dane pomóc mojemu bliźniakowi i jak poważny jest jego stan. Jednak wreszcie otrzymałam telefon z prośbą o ponowne stawienie się na badania, wyznaczony został kolejny termin oddania komórek macierzystych, który tym razem odbył się bez przeszkód. Na kilka dni przed zabiegiem przyjmowałam czynnik wzrostu, który zdecydowałam się podawać sobie sama. Byłam przerażona faktem wykonywania zastrzyków, ale pomogła mi Pani pielęgniarka i wspólnie śmiałyśmy się z mojej niepotrzebnej paniki. Po kilku zastrzykach odczuwałam ból w kościach w okolicy lędźwiowej, przypominający „łamanie w kościach” podczas grypy, który nie utrudniał mi jednak fizycznej pracy. Pierwszego dnia zabieg trwał u mnie 4 godziny, ale nie udało się zebrać wystarczającej ilości komórek i konieczny był przyjazd drugiego dnia, tym razem na 3,5 godz. Przez cały ten czas (łącznie z przyjazdami na badania) opiekował się mną wspaniały personel medyczny z Kliniki, na który zawsze mogłam liczyć! Dzięki nim pobyt na oddziale sprawiał, że zapominałam, iż jestem w szpitalu. Wszelkie wątpliwości związane z całą procedurą rozwiewał także Pan Łukasz z Fundacji DKMS, któremu dziękuję za troskę i cierpliwość.

Swoją historię kieruję do osób, które chcą zarejestrować się jako potencjalny dawca szpiku, ale nadal mają wątpliwości. Zapewniam, że to nic strasznego, a wszelkie negatywne historie z tym związane biorą się po prostu z niewiedzy. Najlepszym dowodem na moje słowa jest fakt, że prosto ze szpitala popędziłam na drugi koniec miasta na uczelnię, a następnego dnia wróciłam już do pracy. Jedyny bolesny moment to wkłucie igły – nic więcej. Sam zabieg porównałabym do honorowego oddawania krwi, tylko trochę dłuższego i spędzonego w wygodniejszym fotelu.

Osobiście nie żałuję, że się zarejestrowałam. Dzięki jednej decyzji mój bliźniak genetyczny (mężczyzna w średnim wieku z Argentyny) ma przed sobą jeszcze prawie połowę życia. Od pobrania minęło już niecałe pół roku i prawie każdego dnia przypominam sobie o tym, że gdybym nie zarejestrowała się jako potencjalny dawca, mój bliźniak genetyczny mógłby nadal zmagać się z białaczką i nigdy nie otrzymać pomocy, która uratowałaby mu życie. Trzymam za Niego kciuki i liczę na spotkanie w przyszłości.