Marlena Schneider

Wiosną ubiegłego roku gimnazjum, do którego uczęszcza moja córka, zorganizowało koncert charytatywny ze zbiórką finansów na leczenie jednego z uczniów chorującego na białaczkę. Podczas tej imprezy można się było zarejestrować poprzez Fundację DKMS jako potencjalny dawca szpiku kostnego. To zasługa mojej nastoletniej córki, że wypełniłam ankietę rejestracyjną i zostawiłam patyczki z wymazem. Tego dnia kilkunastu rodziców zrobiło to samo. Jestem pewna, że każdemu z nas przyświecał ten sam cel: pomóc koledze naszych dzieci. Nikt z nas nie wie, jakie zagrożenia możemy spotkać na swojej drodze, a w obliczu ciężkiej choroby naszych córek, synów sami wołalibyśmy o pomoc. Po kilku miesiącach pocztą przyszła moja karta dawcy.

Zdrowie chłopca z naszej szkoły pogarszało się, od początku nowego semestru dochodziły ze szkoły coraz gorsze informacje. Młody walczył, my modliliśmy się o cud, bo lekarze w pewnym momencie przestali dawać nadzieje na jego wyzdrowienie. Ciągle szukano odpowiedniego dawcy. Nie potrafię sobie wyobrazić, co czuli jego rodzice… Dziecko, które powinno mieć przed sobą całe życie, zaczęło przygotowywać swoją rodzinę do własnej śmierci. Jakże bardzo rozdarte musieli mieć serca.

Pod koniec listopada zadzwonił do mnie telefon z DKMS, który okazał się zwiastunem najbardziej niesamowitych przeżyć, jakie mnie dotychczas spotkały. Jest ktoś, kogo zdrowie się rozsypało, a ja noszę w sobie lekarstwo, źródło nadziei. Oczywiście nie wiedziałam, kim jest ta osoba, której mogę pomóc, ale to nie miało znaczenia. Nie ukrywam, że przeszła mi myśl: może to Chłopiec z naszej szkoły.

Po szczegółowych badaniach mojej krwi otrzymałam kolejną informację – mogę zostać dawcą, jest zgodność! Miałam oczekiwać około trzech miesięcy na podanie daty badań kwalifikujących i daty pobrania. Co wtedy czułam? Nie ukrywam, że… strach, obawy, jak to będzie, czy dam radę? Kiedyś samo pobranie krwi powodowało, że mdlałam, a teraz szykuję się na TAKIE starcie. Nie wstydzę się do tego przyznać… Mogę te uczucia porównać do prowadzenia samochodu: uważam, że będę dobrym kierowcą tylko wtedy, gdy będę prowadziła auto z pokorą, świadoma, że odpowiadam za życie nie tylko swoje. Lepiej czuć trochę strachu niż pławić się brawurą. Był strach, ale przede wszystkim radość, nawet nie o to chodzi, że dlatego, iż to ja zostałam poproszona o pomoc, ale o to, że Ktoś dostał szansę na wyzdrowienie. Dobrze, że ja mogę pomóc, ale najważniejsze, że Komuś zostaje ofiarowana nadzieja. Te myśli krążą do dziś w mojej głowie i naprawdę trudno nazwać takie uczucia.

Na początku stycznia ponownie zadzwonił telefon. Czy nadal chcę oddać cząstkę siebie? To pytanie poprzedzało niemal każdą rozmowę z koordynatorem z Fundacji. Jak mogłabym się wycofać? Nie poddaję się, jeśli Komuś coś obiecam, ani w tych małych sprawach, ani w tych wielkich. Byłam gotowa na dalsze kroki. Usłyszałam, że jest termin pobrania, dwa tygodnie wcześniej mam przyjechać na badania do szpitala. Ten czas nie był łatwym oczekiwaniem. Obawy o zdrowie Biorcy, żeby Jego stan był na tyle dobry, by mogło dojść do przeszczepu. Modliłam się za Niego i za siebie. Wytrwaj Bliźniaku! Jestem z Tobą. Kwalifikacja przyniosła jednak wielkie rozterki, musiałam wykonać jeszcze w swojej miejscowości dodatkowe badania, dopiero po pozytywnym ich przejściu zapaść miała decyzja lekarzy, czy mogę zostać dawcą. Nie takie miałam plany! Miało pójść tak gładko. Zaczęłam odczuwać rozczarowanie, ale jednocześnie wmawiałam sobie: nabierz pokory – tu chodzi o życie. O tym, jakie ono jest kruche, przekonałam się chwilę wcześniej, Chłopiec z naszej szkoły przegrał walkę o nie. Dzień po powrocie z badań kwalifikujących uczestniczyłam w Jego pogrzebie.

Na sześć dni przed planowanym pobraniem telefon z DKMS oznajmił, że nie ma przeciwwskazań, mogę ofiarować komórki macierzyste. Bliźniaku, walcz ze zdwojoną siłą! Zaczęłam produkować cząsteczki nadziei. Przez kilka dni brałam zastrzyki, dzięki którym tych cząstek było więcej i więcej. Jakie miałam odczucia? Czułam swoje kości, oj jak bardzo; ale paracetamol łagodził ból. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak bardzo boli chorego na białaczkę; co tam, w porównaniu z tym, mój chwilowy dyskomfort.

Dzień pobrania, piękny i słoneczny, z uśmiechem na twarzy każdej spotkanej w szpitalu osoby. Dzień wyjątkowy, nie zapomnę go do końca życia. Kilka godzin, podczas których niewielki woreczek zapełniał się tak ważnym dla Kogoś lekarstwem. Mały woreczek, na który jeszcze niedawno czekał Chłopiec, woreczek z nadzieją, która nie była mu dana. Teraz woreczek z cząstką mnie miał dać nadzieję choremu Nieznajomemu, dla Niego jeszcze jest szansa. Jakie to szczęście, że się zarejestrowałam! Żebyśmy tylko zdążyli na czas. Po południu tego samego dnia odebrałam kolejny telefon z Fundacji – moim biorcą jest Mężczyzna z Polski, kilka lat ode mnie starszy. Wcześniej myślałam o Nim: Biorca, Bliźniak, Chory – trochę tak jakby… bezosobowo. Teraz On stał się konkretną osobą i jest tak blisko! Emocje, jakie we mnie wówczas wybuchły, są nie do opisania. Euforia, wzruszenie, wdzięczność dla wszystkich, którzy utwierdzali mnie w słuszności podjętej decyzji.

Przyjmij cząstki nadziei i niech przerodzi się ona w rzeczywistość, proszę walcz! Ja mogę Ci ofiarować jeszcze modlitwę, bo przed Tobą trudna droga do wyzdrowienia. Będę blisko Ciebie, masz swoje miejsce w moim sercu.

Nie chcę opisywać jak wygląda samo pobranie, bo nie chodzi tu o techniczną stronę zabiegu. Według mnie najważniejsze jest uświadomienie tych, którzy się wahają, że odkładając decyzję o rejestracji niechcący odbierają komuś nadzieję. Nie jestem za tym, aby namawiać każdego. Niech rejestrują się osoby świadome swoich decyzji, gotowe na poświęcenie swojego czasu, tylko czasu, bo to czas trzeba poświęcić, a siebie oddaje się bezinteresownie.

Obiecałam sobie, że spiszę przeżycia związane z dawstwem po kolejnym telefonie z DKMS. Kilka dni temu zadzwonił. Tylko ułamek sekundy czekałam na informację, a serce biło mi jak młot, bo wiedziałam, że może być ona niepomyślna. Usłyszałam dobre wiadomości, bardzo dobre! Udało się! Dałeś radę, wróciłeś do domu. Ten dzień będzie już zawsze naszym świętem. Dzięki Boże!

Wdzięczna jestem wszystkim osobom zaangażowanym w zorganizowanie pobrania. Poznałam naprawdę dobrych ludzi z fundacji DKMS – chętnych do wyjaśniania wszystkich wątpliwości, mających niesamowity zmysł organizacyjny, lekarzy – otwartych na pytania, profesjonalnych, pielęgniarki – serdeczne i z wprawą przygotowujące i czuwające podczas pobrania, to one swoim podejściem sprawiły, że strachu nie było. Poznałam kilku Dawców przygotowujących się do pobrania, z którymi mogliśmy wymienić się wrażeniami; Arleta jesteś moją Bratnią Duszą. Moja kochana Mamo, bez Ciebie byłoby trudniej. Przyjaciele, dziękuję Wam za wsparcie. Przemo, kochany mężu, dziękuję, że popierasz moje decyzje i zawsze jesteś ze mną. Wszyscy, którzy zdecydowaliście się oddać krew i zarejestrować jako potencjalni dawcy po tym jak usłyszeliście w czym ja miałam zaszczyt uczestniczyć – jesteście Wielcy. Dzięki mój Szefie, za współuczestniczenie naszej firmy w krwiodawstwie. Mężczyzno z Polski, mój Bliźniaku, dziękuję, że JESTEŚ. I moja ukochana córeczko, podziwiam Cię, że bez wahania podjęłaś decyzję o zarejestrowaniu się w DKMS jak tylko skończysz 18 lat.

Chciałabym złożyć hołd Chłopcu z naszego gimnazjum. Dla Niego nie znalazł się dawca, ale to nie znaczy, że jego walka nie miała sensu, że wysiłki osób szukających dla Niego Bliźniaka poszły na marne, o nie! Dzięki Niemu Baza Dawców Komórek Macierzystych znacznie się zwiększyła i to właśnie dzięki Niemu ja się zarejestrowałam, a Mój Bliźniak znalazł mnie. Na pewno jeszcze niejeden Chory znalazł nadzieję wśród osób, które się zarejestrowały w akcjach organizowanych dla Chłopca.

Ofiarując tak niewiele, można uratować czyjeś istnienie.