Michał Adamski

Ciężko zacząć, bo w sumie nie wiem od czego… Nazywam się Michał, mam 22 lata, studiuję i pracuję. Zarejestrowałem się w bazie DKMSu latem roku 2014 zupełnie spontanicznie przez internet w piękny upalny dzień. Zrobiłem wymaz, po kilku miesiącach doszła do mnie karta potencjalnego dawcy.

Końcówka ubiegłego roku, piątek, byłem w pracy, dzwonił telefon, niestety nie mogłem odebrać. Standardowo po powrocie do mieszkania sprawdziłem pocztę e-mail i zobaczyłem wiadomość z Fundacji DKMS - prośba o pilny kontakt telefoniczny bądź mailowy. Z racji, że było po godzinie 23 w piątek, napisałem wiadomość. Zdawałem sobie sprawę, że Fundacja w weekend nie pracuje. Tysiące myśli i całe dwa dni niepewności i ekscytacji. Poniedziałek, telefon, znów jestem w pracy, ale tym razem niech się wali, pali - odbieram. Pan z Fundacji wytłumaczył mi całą procedurę, ustalony został termin badania typizacji potwierdzającej zgodność tkankową (notabene 21 genów, które muszą się zgadzać - a genów mamy ponad 40 000 w różnych wariantach… niezła loteria, co?). Oczywiście zostało zadane pytanie czy nadal jestem zainteresowany chęcią pomocy i ewentualnym oddaniem komórek macierzystych, bądź szpiku z talerza kości biodrowej. Obie procedury zostały dokładnie opisane, przeprowadzona została ankieta zdrowia, podziękowania i koniec rozmowy.

Krew do badań typizacyjnych oddana, znów oczekiwanie na wyniki i dokładna informacja czy jest zgodność. Po kilku dniach znów telefon, numer niezapisany z podpisem Warszawa, wiedziałem, że to Fundacja. Odebrałem i usłyszałem informację w słuchawce: jest zgodność, mogę zostać dawcą dla pacjenta! Niesamowite uczucie, że mam genetycznego bliźniaka. Znów dostałem szereg informacji, daty badania wstępnego i pobrania komórek. Data grudniowa, od razu pomyślałem, że los sprawi biorcy najpiękniejszy prezent pod choinkę.

Badania wstępne odbyte, muszę przyznać, jeszcze nigdy nie wypełniałem tylu ankiet i nie składałem tylu podpisów… Jednak zostałem poinformowany przez inną osobę, która była w tym samym dniu na badaniach wstępnych, że formalności kredytowych jest znacznie więcej. Moja metoda pobrania - komórki macierzyste z krwi obwodowej. Od przemiłych pań pielęgniarek dostałem zestaw do wstrzykiwania z czynnikiem wzrostu. Po powrocie i oczekiwaniu na wyniki dopadła mnie szara rzeczywistość, na uczelni coraz mniej zajęć, niedługo egzamin inżynierski, pisanie pracy inżynierskiej. Znów telefon wszystko jest OK Czynnik wzrostu czekał w lodówce, aż będę mógł go zacząć używać.

Po jakimś czasie, kiedy byłem na uczelni zobaczyłem, że dzwoni telefon z Fundacji. Przeraziłem się, odebrałem i usłyszałem informację, że stan zdrowia pacjenta nie pozwala na przeprowadzenie pobrania we wskazanym terminie i jest wyznaczony nowy, niestety po upływie terminu ważności badań wstępnych. Cała procedura została przesunięta. Za kilka tygodni dostałem kolejną informację, że procedura pobrania zostaje przerwana ze względu na pacjenta. Pytanie czy jego stan zdrowia nie pozwala na przeszczep, nie chce mieć przeszczepu, boi się. Tysiące pytań bez odpowiedzi. A miało być tak pięknie…

Czas uciekał, myślałem, że już nikt z Fundacji nie zadzwoni. Postanowiłem nawet oddać krew, ale telefon znów zadzwonił! Cała procedura znów się powtórzyła. Przyszedł dzień pobrania. Zjadłem duże śniadanie, poszedłem do kliniki. Panie pielęgniarki zajęły się nami kompleksowo i bardzo na luzie. Oczywiście pobrano kolejne próbki krwi do badań i tą najważniejszą, aby policzyć ilość komórek „życia”. Czas podczas pobrania zleciał mi bardzo szybko, choć siedziałem na fotelu ponad 5h. W sali przewinęła się masa ludzi - od pacjentów, przez lekarzy i personel. Każdy był bardzo miły i życzliwy!

Po odłączeniu aparatury, mogłem się rozprostować, dostałem odznakę dawcy przeszczepu. Piękny upominek. Chwilę po powrocie do hotelu dostałem telefon z Fundacji. Dowiedziałem się podstawowych informacji o moim bliźniaku genetycznym, podziękowania i życzenia.

PS. Żyjemy w czasach wielkiego pędu. Pisząc swoją historię zastanawiam się nad tym, co zrobiłem. Niestety zgiełk, terminy, niesamowity wyścig szczurów, nie wiadomo dokąd i po co, nie pozwala nam pomyśleć nad tym, co robimy. Po całej procedurze oddania komórek nie miałem czasu pomyśleć nad tym, co zrobiłem. Jak wielki jest to czyn. Dopiero słowa bliskich, pracowników Fundacji czy osób z kliniki uświadomił mi, co zrobiłem. Uratowałem komuś życie. To takie proste. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.