Tomasz Kolka

22 Styczeń 2016

Moja historia nie jest w żaden sposób wyjątkowa, ani niczym specjalnym nie różni się od innych przypadków osób, które zdecydowały się zapisać do bazy dawców komórek macierzystych DKMS. Niemniej, bardzo chciałbym się nią podzielić z Wami, może zachęcę choć jedną osobę, która przeczyta moją historię, do tego, by zarejestrowała się w bazie danych fundacji DKMS. Jedyne, na co chciałbym zwrócić uwagę i podkreślić na początku tej opowieści, to znaczenie roli, jaką w tym wszystkim odegrała moja żona, Karolina. To dzięki niej zdecydowałem się pobrać wymaz z ust i wysłać pakiet rejestracyjny do DKMS. To Karolina przyniosła z biura – po dniu dawcy zorganizowanym w miejscu jej pracy, specjalnie na potrzeby konkretnego pacjenta – pakiet rejestracyjny i powiedziała: „Pobierz sobie wymaz i zapakuj do koperty proszę”. Pamiętam ten dzień, pamiętam chwilę, w której pobierałem wymaz i tą myśl, że prędzej wygram w totka, niż znajdzie się chora osoba, z którą łączy mnie takie dopasowanie.

Minęły mniej więcej dwa lata. To był poniedziałek, pierwszy dzień po fantastycznym urlopie, kiedy na wyświetlaczu mojego telefonu pojawiło się połączenie przychodzące, z numerem kierunkowym z Warszawy. Pierwsze myśli: bank, ubezpieczenia lub operator komórkowy… Jakie było moje zdziwienie, gdy ciepły głos po drugiej stronie łącza oznajmił mi: ”Dzwonię z fundacji DKMS. Jest osoba, która potrzebuje pana pomocy, czy podtrzymuje pan chęć podzielenia się odrobiną siebie?” Nie macie pojęcia jakie emocje temu towarzyszą. Nie umiem opisać słowami jak się czułem. Gęsia skórka? Była. Łza w oku? Również. Drżący głos - był, choć próbowałem nad nim zapanować wszelkimi sposobami. Moja odpowiedź – „Oczywiście, że podtrzymuję swoją decyzję”. W drugiej części rozmowy dowiedziałem się o dalszej procedurze, o możliwościach rozwoju sytuacji, po których uświadomiłem sobie, że od tego momentu, do faktycznego przeszczepu jest jeszcze wiele punktów pośrednich, gdzie coś może pójść nie tak. Mój stan zdrowia, Pacjenta stan zdrowia itp. Wszystko to sprawiało, że mimo, iż już w tym momencie czułem się wyjątkowo, jako osoba, która może pomóc komuś uratować życie i dać szansę na zdrowe jutro, czułem też niepewność, czy spełnione zostaną wszelkie warunki, by mogło dojść do przeszczepu.

Po paru dniach miałem pierwsze badania, które miały na celu potwierdzenie zgodności z potrzebującym. Wynik? Pozytywny, ale okazało się, że klinika biorcy poprosiła o rezerwację mojej osoby na kolejne 3 miesiące. Zmartwiłem się, bo to mogło oznaczać, że pacjent zmaga się z inną chorobą lub ma jakąś infekcję, która uniemożliwia wykonanie przeszczepu. Minęły 3 miesiące i otrzymałem kolejny telefon z DKMS. Przemiła Pani Małgosia oznajmiła mi, że przystępujemy do procedury przeszczepu. W pierwszej kolejności muszę pojawić się w klinice, w której przebadają mnie od A do Z i sprawdzą, czy mój stan zdrowia umożliwia faktycznie zostanie dawcą. Szybka decyzja – jadę. 4 godziny w Instytucie i otrzymuję masę wyników moich badań. Sam śmieję się do siebie, że to taki kompleksowy „przegląd techniczny”, który naprawdę przyda się każdemu. W tym miejscu bardzo chciałbym podziękować Pani Doktor Monice, która opowiadała mi o wszelkich aspektach i etapach pobrania komórek oraz cierpliwie odpowiadała na wszystkie moje pytania. Finał rozmowy z Panią Moniką: wyniki są pozytywne. Humor mi więc dopisuje i zadowolony wracam do domu.

Po kilku dniach otrzymuję oficjalny telefon z DKMS, z decyzją kliniki biorcy: „Panie Tomaszu, za dwa tygodnie przystępujemy, zgodnie z planem, do pobrania komórek macierzystych”. Znów gęsia skórka, łza w oku, drżący głos i niewyobrażalna radość połączona z satysfakcją. Jeeeesssst! Mogę komuś pomóc…

Dzień pobrania również zapamiętam do końca życia, podobnie jak pierwszy telefon z DKMS. Komórki pobrane były metodą separacji z krwi, jak w 80% przypadków, a nie z talerza kości biodrowej. To oznaczało, że czeka mnie kilkugodzinne leżenie/siedzenie na wygodnym fotelu. Minus takiego pobrania, to brak możliwości ruchu rękoma. Nie macie pojęcia, jak działa ludzka podświadomość wiedząc, że nie można ruszyć ręką. W pewnym momencie myślałem, że nos i czoło będą mnie swędzieć cały czas. Na szczęście na posterunku czuwała moja żona. Jej obecność była nieoceniona. To ona drapała mnie po nosie i czole, gdy tylko poprosiłem. To ona poprawiała poduchę pod plecami, gdy ta zsuwała się bezlitośnie w dół. Przez cały ten czas separacji komórek zastanawiałem się, czy uda się nagromadzić wystarczającą ilość materiału, by całą procedurę zakończyć w jeden dzień. Podświadomie myślałem, że muszę się wykazać i pokazać biorcy, że skoro ja – bliźniak genetyczny – mam tyle sił, by wytworzyć odpowiednią ilość komórek krwiotwórczych dla Niego, to On, Biorca, musi potem wykazać się odpowiednią bliźniaczą siłą, by zwalczyć chorobę i wrócić do normalnego życia.

To tak, jak w sztafecie, gdy każdy członek zespołu odgrywa ważną rolę, tak tu, ja robię swoje, a potem wszystko w rękach chorego. No może nie dosłownie, ale głęboko wierzę w to, że kwestia nastawienia też ma tu znaczenie w walce z chorobą.

Kilka godzin na fotelu i ostatni sygnał z maszyny separującej komórki oznajmiający koniec pobrania. Już po wszystkim. Jestem odłączony od aparatury, mogę się przejść i przede wszystkim muszę poczekać na wynik separacji, czy udało się uzbierać wystarczającą ilość komórek. Mija pół godziny i podchodzi do mnie Pani Monika, lekko uśmiechnięta. Dumnie oznajmia mi, że spisałem się na medal. Nie dość, że „wyprodukowałem” wystarczającą ilość dla biorcy, to tych komórek jest prawie dwa razy więcej niż potrzeba. Kamień spadł mi z serca. Radość? Nieopisana. Niepewność? Ogromna – teraz wszystko w rękach biorcy. Krótka rozmowa z Panią Doktor, która uświadamia mi, że zrobiłem z pozoru banalną rzecz, a w rzeczywistości odważyłem się bezinteresownie pomóc komuś, o kim nie wiem kompletnie nic. I uświadamia mi, jak małe było prawdopodobieństwo tego, że konkretnie ta osoba znajdzie swojego bliźniaka genetycznego.

Dodam, że całość miała miejsce przed Świętami Bożego Narodzenia. Pierwsza myśl? Pacjent będzie miał super prezent na Święta. Niesamowicie dumny i szczęśliwy opuszczam Instytut. Mija piętnaście minut i odbieram telefon z DKMS, gdzie Pani Małgorzata informuje mnie, iż moja pomoc trafiła do mężczyzny z Polski w średnim wieku. Ucieszyłem się niezmiernie i trochę słów mi zabrakło, bo radość była ogromna. Teraz wiem, że – jeśli biorca tylko wyrazi na to zgodę i zwalczy chorobę dzięki moim komórkom macierzystym – mam możliwość poznania swojego genetycznego bliźniaka. Jestem jedynakiem, który zawsze chciał mieć rodzeństwo. Rodzice mieli w tym temacie inne zdanie, lecz natura pokazała, że można mieć bliźniaka w inny sposób. Czekam na pozytywne informacje o biorcy i na dzień, kiedy uścisnę mu dłoń i pogratuluję siły i woli walki z chorobą. Jeśli ten dzień nastąpi, to będzie najbardziej wzruszającym momentem w moim życiu. Całe Święta i okres noworoczny myślami byłem przy biorcy. Trzymam za Niego kciuki i mocno mu kibicuję.

W tym miejscu chciałbym zachęcić wszystkich czytających moją historię do tego, by zarejestrowali się w bazie dawców komórek macierzystych DKMS. Dając od siebie tak niewiele, możesz przekazać komuś bezcenny dar, jakim jest życie. Głęboko wierzę w to, że dobro powraca i życzę wszystkim, by dzielili się nim z innymi. Dla mnie to było parę godzin siedząc w fotelu. Dla chorego, to może być wiele lat w zdrowiu i radości.