Mateusz Szymański

26 Luty 2018

Czy może być dar cenniejszy, niż ofiarowanie komuś szansy na zdrowie? Czy w swoim własnym życiu mogę zrobić coś lepszego, niż poprzez własne, stosunkowo niewielkie poświęcenie, podarować komuś nowy, lepszy start?

Te pytania zaprzątały mą głowę od momentu, kiedy świadomie zacząłem zastanawiać się nad zgłoszeniem się jako potencjalny dawca do Fundacji DKMS. Odpowiedź na nie była oczywista, w związku z czym dojrzewająca we mnie decyzja w końcu została podjęta. Zgłosiłem się przez internet do Fundacji, wkrótce przyszły dokumenty i patyczki do pobrania materiału genetycznego. Klamka zapadła.

Minęły dwa długie lata. Nie liczyłem, że telefon zadzwoni, że ktoś się odezwie. Już nawet trochę o wszystkim zdążyłem zapomnieć. Biorąc udział w wolontariackiej akcji w miejscowym szpitalu spotkałem się Dawcą będącym już po oddaniu komórek macierzystych. Opowiadał swoją historię. Wspominał dzień, w którym ktoś z nieznanego warszawskiego mu numeru dzwonił do niego – nie odebrał. „Pewnie jakaś reklama” pomyślał. Tymczasem był to telefon z Fundacji... Na szczęście pracownik DKMS-u wysłał smsa z prośbą o kontakt i sprawy potoczyły się tak, jak powinny. No i teraz - nieprawdopodobny wręcz zbieg okoliczności. Minął dokładnie tydzień od mojego spotkania z Dawcą, kiedy na pracowniczym biurku rozległ się dzwonek mojego telefonu – na ekranie nieznany numer z warszawskim kierunkowym... Też nie mam w zwyczaju odbierać takich telefonów, nic mnie ze stolicą nie łączy. Bogatszy jednak o świeże doświadczenie z ubiegłotygodniowej rozmowy z Dawcą, nacisnąłem zieloną słuchawkę. Przywitał mnie miły, kobiecy głos: „Dzień dobry, dzwonię z Fundacji DKMS...”. Nogi ugięły się pode mną, sam nie mogłem uwierzyć w przewrotność losu. Radość wypełniła serce. Będę mógł pomóc!

Sprawy potoczyły się błyskawicznie, nawet szybciej niż się spodziewałem. Okres był niezwykły – święta Bożego Narodzenia za pasem, a moja żona w 9. miesiącu ciąży z naszym pierwszym potomkiem. Kiedy w grę wchodzi jednak ludzkie życie, okoliczności nie mogą przeszkodzić – i rzecz jasna nie przeszkodziły. Zostałem umówiony na wizytę w oddalonej o ponad 200 km klinice na termin tuż przedświąteczny. Jednakże pracownica Fundacji, wiedząc o zbliżającym się terminie porodu, przełożyła po rozmowie ze mną moje badania na początek nowego roku. Jakże wielką intuicją się wykazała! W noc, w którą pierwotnie miałem jechać na umówione w szpitalu badania, mojej małżonce odeszły wody. Kilka godzin później na świat przyszedł mój kochany syn. Na badania, dzięki przezorności i wyczuciu Pani z DKMSu, udałem się ze spokojną głową kilkanaście dni później.

Finałowym rozdziałem mojej historii był pobyt w szpitalu. Sugerowaną formą oddania komórek macierzystych w moim przypadku było pobranie szpiku z talerza kości biodrowej. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, byłem gotowy na wszystko. W klinice zameldowałem się dzień przed pobraniem, zabieg wykonywany był pod narkozą. Wszystko przebiegło pomyślnie, bez żadnych problemów. Dodatkowo w autentycznie przemiłej atmosferze, którą tworzyli nieocenieni pracownicy szpitala. Dzień po oddaniu szpiku, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, wróciłem do domu.

Mijając w drodze powrotnej kolejne miasta i wioseczki, rozmyślałem o słowach jakie usłyszałem od mojej Opiekunki z ramienia DKMS. „Dziękuję serdecznie w imieniu swoim i przekazuję najserdeczniejsze wyrazy podziękowania od rodziny Biorcy. Niestety, Biorca sam jeszcze nie jest w stanie podziękować. Oddał Pan szpik dla rocznej dziewczynki z Litwy”...

Moja malutka, kochana Bliźniaczko genetyczna – niech szczęście się do Ciebie wreszcie uśmiechnie! Wracaj do zdrowia!