Olga Zioła

30 Grudzień 2017

Moja historia z Fundacją DKMS zaczęła w 2013, w momencie kiedy bliska mi osoba zachorowała na raka, a dzień w którym dostałam kopertę od Was był dniem moich urodzin. Pomyślałam sobie: "masz tu prezent na urodziny". Cieszyłam się jak dziecko. Wypełniłam i na drugi dzień odesłałam. Tyle lat była cisza... Nawet w głębi serca cieszyłam się. Ponieważ znaczyło to, że mój bliźniak jest zdrowy i nie potrzebuje mojej pomocy...

Aż tu nagle jak grom z jasnego nieba telefon z DKMS... Byłam w totalnym szoku. Serce waliło jak młotek. Myślałam o cholera. Stało się. Przygotowania ruszyły. Najpierw badania w celu potwierdzenia zgodności, potem wyjazd do kliniki na bardziej szczegółowe badania... Potem straciłam tatę. Zmarł nagle i niespodziewanie tak po prostu... Czułam nienawiść i żal do całego świata. Uwierzcie, że chciałam zrezygnować, naprawdę. Ale potem pomyślałam, kurczę dałam komuś nadzieję i szansę na zdrowie, a teraz ją zabiorę? Tak po prostu? Nie. Nie zrobię tego. 

W końcu nadszedł dzień pobrania komórek macierzystych z krwi obwodowej. Pobranie trwało trochę ponad 5 godzin, a może dłużej. Nie ważne. Nic ciężkiego. Nic trudnego. Zero bólu i dyskomfortu. Trochę czułam jak na statku kosmicznym, a to wszystko nic w porównaniu z uczuciem, że pomogłam mojemu bliźniakowi genetycznemu - młodej kobiecie, matce dwójki dzieci. Powiem Wam tak na koniec dwa słowa: "WARTO POMAGAĆ!"

Trzymam mocno kciuki i modlę się żeby wszystko dobrze się skończyło. Z niecierpliwością czekam na informacje o Jej stanie zdrowa.